:)

:)
Na zgliszczach świata powstaje nowy a w centrum tego świata rodzi się miłość

czwartek, 6 listopada 2014

21. „Skieruj mnie losie tam dokąd trzeba iść, bo tam gdzie nie trzeba to sam wlezę” 21

Hejka!
Zapraszam was do przeczytania kolejnego rozdziału. Tak jak powiedziałam, we wcześniejszej notce powoli zbliżamy się ku końcowi tego opowiadania (chociaż przyznam szczerze jeszcze nie wymyśliłam jak go zakończę). Kiedy jednak to nastąpi postanowiłam zająć się nowym blogiem, na którego powoli tworzone są opowiadania. Będzie to coś innego (ta sama tematyka) czego jeszcze nie próbowałąm więc zobacze co z tego wyjdzie. A póki co... zapraszam do poznania dalszych losów Nao.
************************************************
Siedziałem w salonie na kanapie ubrany w luźne dresy pod czujnym ostrzałem spojrzeń moich kolegów. Na ich twarzach pisało się pytanie „Co mu się kurwa stało?!” a z kolei w oczach „Nie możemy zapytać!”.
Podrapałem się zmieszany po głowie. Cmoknąłem ustami.
- Powiedzcie coś w końcu. Głupio mi tak siedzieć.- Powiedziałem cicho. Czułem się zakłopotany.
- A co mamy powiedzieć w takiej sytuacji? Czego od nas oczekujesz?- Zapytał Jou. Wypuściłem głośno powietrze.
- Czegokolwiek. Tylko nie tej cholernej ciszy.- Powiedziałem. Kiwnął głową.
- Kiedy wracasz do szkoły?- Zapytał. Uśmiechnąłem się. Neutralne pytanie.
- Podejrzewam, że na początku kolejnego tygodnia. Albo i później. Dzisiaj i jutro mam wolne, ale to dlatego, że muszę odpoczywać, a później mam pewną misję do wykonania. Jak ją skończę mam trzy nici dyżuru w szpitalu i dopiero później mam jakoś w grafik wpisane pięć dni zajęć szkolnych i dzień wolnego.- Powiedziałem wyliczając na palcach. Uśmiechnąłem się delikatnie.- Dzisiaj chciałem otworzyć do końca dnia piwnicę, ale boję się, że któryś z mojego oddziału tutaj przyjdzie.
- Przecież jesteś już prawnym Medykiem, więc chyba możesz sobie na to pozwolić kiedy ci się podoba.
- No chyba mogę. Nie, no w sumie to mogę. Tylko chodzi o to, że skoro dostałem wolne to mam odpoczywać.- Odpowiedziałem Izo. Wypuściłem głośno powietrze. Podszedłem do jeden z szafek. Sięgnąłem po kalendarz. Ostatnio sprawdzałem stan zdrowia dzieciaków z dzielnicy jakieś dwa miesiące temu. Wypuściłem głośno powietrze.- Pomożecie mi?
- Zrobisz to?- Zapytał Gihei. Był jakiś niemrawy kiedy dojrzał co mi się stało i po tym co mi powiedział.
- Tak.- Powiedziałem wychodząc z salonu. Udałem się do kuchni po klucz.


^^~^^

Siedziałem u siebie na krześle w „piwnicznym Gabinecie”. Właśnie wyszła stąd kolejna osoba. Od kiedy poprosiłem ich o pomoc stawiło się u mnie prawie osiemdziesiąt dzieciaków. Zostało jakieś dwadzieścia i będą wszyscy. Przeciągnąłem się na krześle. Ramiona mi zdrętwiały. Izo który krzątał się tutaj ze mną położył mi na stoliku kubek ciepłej herbaty.
- Później jeszcze będziemy musieli przebadać ich wyniki.
- Pomogę.
- Wiem.- Uśmiechnąłem się pijąc trochę herbaty.
- Nie spodziewałem się, że tak będziesz spędzał wolne.- Usłyszałem znajomy głos nad swoją głową. Spojrzałem tam.
- A ja nie sądziłem, że mimo mojego wolnego nadal będę musiał cię oglądać. Czy ty nie masz innych ważniejszych zajęć?- Zapytałem patrząc obojętnie na mojego Opiekuna. Izo stał zaskoczony za moimi plecami. Trzymał w ręku teczkę.- Izo czy mamy go na liście pacjentów?
- Oczywiście, że nie. Sensei nie jest mieszkańcem naszej dzielnicy.
- Poczekaj w salonie. Skończę tutaj i wtedy pogadamy.- Powiedziałem. Opierał się nadal o futrynę.- No chyba że chcesz mi pomóc w zastrzykach i pobieraniu krwi.
- Che.- Syknął tylko i ruszył za siebie nie obdarzając mnie nawet jednym spojrzeniem
- Ty zwariowałeś?
- Izo o co ci chodzi?
- Tak z nim gadać?
- Wiesz, gdybym cały czas się go bał to bym się wrzodów żołądka nabawił. Poza tym to mój Opiekun więc wiesz.- Powiedziałem zaglądając do dokumentacji kolejnej osoby, która weszła do mnie do „Gabinetu”

^^~^^

Stałem u wejścia do mieszkanie. Ostatnia gromadka dzieciaków została odprowadzona przez Izo i Doi’a (Gihei po skończonej swojej robocie poszedł do Ryu). Wypuściłem głośno powietrze zamykając za sobą drzwi. Wróciłem do salonu. Siedział na fotelu bawiąc się kluczami. Spojrzałem na niego.
- Nieźle wolne spędzasz.
- Powtarzasz się.
- Wiem.- Powiedział i się zaśmiał. Przyglądałem mu się dłuższą chwilę po czym usiadłem na kanapie naprzeciwko niego.
- Co cię do mnie sprowadza? Rozumiem, że nie to iż ci się nudziło.
- Jak tam oko?
- Lepiej.
- Boli?
- Mniej.
- Wczoraj na zebraniu nas zaskoczyłeś- Powiedział. Odwróciłem głowę w bok. On jak i reszta usłyszeli moje krzyki z łazienki. Rzucili się pędem aby sprawdzić co się stało.
- Przeprosiłem za to.
- Nie musisz za to przepraszać.
- To nie wracajmy do tego.
- Możesz ściągnąć przepaskę.
- Powiedzieli, że za kilka dni.
- Czyli możesz już teraz?
- Za wcześnie.
- Od wypadku minęło kilka dni.
- Ale jest za wcześnie.
- Skąd wiesz?
- Bo jestem Medykiem.- Zauważyłem.
- A.- Powiedział tylko i spojrzał na mnie. Zagotowało się we mnie. Droczył się ze mną.- Brałeś już leki dzisiaj?
- Nie.- Powiedziałem.
- A.- Znowu powiedział. Przyglądałem mu się uważnie. On chyba nie…
- Sensei. Nie mów mi, że…
- Jeżeli nie to nic nie mów.- Przerwał mi chowając klucze do kieszeni. Kiwnąłem głową.
- Za pół godziny muszę je wziąć.- Powiedziałem. Kiwnął głową.
- Idziesz później ze mną.- To było stwierdzenie, nie pytanie.
- Gdzie?
- Spotykamy się w barze.
- To chyba nie najlepszy pomysł abym tam szedł.
- Będziesz mógł się chwalić raną zdobytą na misji.
- O co ci chodzi?
- Dla Łowcy taka rana to jak order dla Honoru. Tym bardziej dla Łowcy Medyka.
- Skoro tak…- Zacząłem gapiąc się na niego jak sroka w gnat.- Skoro tak…to dlaczego zrobiłeś mi z tego powodu taką awanturę?!
- Ponieważ to ty.
- Suyo no weź w końcu przestań mnie traktować jak dzieciaka!
- Ale ty jesteś dzieciakiem.- Zauważył.
- Skoro ja jestem dzieciakiem to ty cholernym pedofilem!- Krzyknąłem. Spojrzał na mnie ściągając brwi. Przekroczyłem gwałtownie bardzo cienką granicę.
- Oj.- Powiedział. Drgnąłem. Nie cofnę tych słów.
- Więc nie mów na mnie „Dzieciak”
- Wcale tak na ciebie nie mówię.
- Ale mnie tak traktujesz.
- Mówienie tak na kogoś a traktowanie kogoś w ten sposób to co innego. Poza tym każdy w oddziale tak cię traktuje.
- Co?! Dlaczego?!
- Ponieważ jesteś najmłodszy stażem.- Powiedział. Zazgrzytałem zębami odwracając twarz w bok. Czułem że się na mnie gapi ale nie widziałem go przez bandaż.- Robisz to nieświadomie.
- Co robię?
- Drażnisz mnie.
- A. Jeżeli chodzi o drażnienie to robię to całkiem specjalnie.- Powiedziałem uśmiechając się wrednie. Coś zaszeleściło. Spojrzałem na niego. Stał naprzeciwko mnie. Spojrzałem na niego. Złapał mnie za prawą rękę i bez zapowiedzi przyłożył ją do swojego przyrodzenia. Drgnąłem otwierając szeroko oczy. Był twardy tam na dole.
- Drażnisz mnie.- Powtórzył. Zrozumiałem.
- Ale… ale nie o takie drażnienie mi chodziło!- Krzyknąłem próbując wyrwać rękę. Czułem, że robię się czerwony. Zakryłem twarz wolną ręką.- Sensei… Obiecałeś…
- Wiem.- Powiedział i puścił moją rękę. Piekła i drżała.- Robisz zastrzyk?
- Mmm.- Odpowiedziałem sięgając po apteczkę. Wyciągnąłem z niej potrzebne rzeczy. Stanął za mną obejmując mnie ramionami. Wiedziałem co się stanie. Bez wahania wbiłem igłę w swoje ciało. Po chwili wygięło mnie do tyłu. Jego silna ręka zakryła moje usta. Nie mogłem krzyczeć.

^^~^^

Siedziałem w barze. Przyszedłem jako pierwszy.  Billy siedział naprzeciwko mnie gapiąc się na mnie z niedowierzaniem. Uśmiechnąłem się do niego delikatnie nie wiedząc co mam innego w takiej sytuacji zrobić.
- Ehem… może coś mocniejszego? Na koszt firmy?- Zapytał delikatnie zmieszany. Zaśmiałem się cicho.
- Wybacz. Nie mogę pić.
- A. Suyo.
- Nie. On to najmniejszy problem. Chodzi o to, że leki biorę teraz. I to dość silne. Nie mogę sobie pozwolić na jakikolwiek alkohol.- Wyjaśniłem. Kiwnął głową jakby zrozumiał. Nie no w sumie zrozumiał.
- Czyli co, soczek?- Zapytał. Kiwnąłem głową. Zaśmiał się cicho.- Wiesz od ostatniego twojego spróbowania tutaj alkoholu musiałem zakupić sobie sporą ilość soku specjalnie dla ciebie.
- Dlaczego?
- Ponieważ twój Opiekun tak powiedział. A że nikt inny tego nie pije tylko ty…
- Nikt nie pije soku?
- To jest bar.- Zaśmiał się cicho. Zarumieniłem się delikatnie.
- Wybacz, że przeze mnie miałeś problemy i nie przyjemności.- Powiedziałem. Pokiwał przecząco głową.
- Nie musisz za to przepraszać.- Powiedział. Podał mi szklankę z sokiem. Sięgnąłem po nią. Upiłem z niej mały łyczek.
- Czarna porzeczka i ciemne jeżyny.- Zauważyłem.
- Niezłego masz smaka.- Powiedział. Upiłem kolejny łyczek. Odstawiłem szklankę na bar.
- Lubię kwaśne rzeczy.- Powiedziałem. Szklanka którą chwilę temu postawiłem na barze zniknęła. Ktoś po nią sięgnął. Spojrzałem za siebie z zamiarem wydarcia się na potencjalnego złodzieja. Nie zrobiłem tego. Za mną stał mój oddział, a moją szklankę trzymał Suyo. Brał z niej małego łyczka. Skrzywił się.
- Kwaśne.- Zauważył odstawiając szklankę na miejsce.
- To po kiego to ruszasz?- Zapytałem zabierając szklankę.
- Sprawdzałem cię.
- Nie rób ze mnie głupka.
- Znowu mogłeś coś potajemnie wypić, więc…- Urwał kiedy wstałem i pociągnąłem go delikatnie za włosy. Ruszyłem do naszego stolika.
- Na lekach jestem. Nie jestem głupi aby pić.- Powiedziałem i usiadłem na swoim standardowym już tutaj miejscu.
- Nie ciągaj mnie za włosy.- Powiedział. Miał zmęczone oczy. Widzieliśmy się jakieś cztery godziny temu, ale nie ma szans aby w tak krótkim czasie tak bardzo się zmęczył. No chyba, że…Uniosłem brwi do góry. Zrobił to z kimś innym.
Czuje zazdrość w twojej głowie.

Usłyszałem cichy szept i śmiech. Pokiwałem przecząco głową aby pozbyć się z jej wnętrza tego głosiku.
- Co nie?
- Nic.- Powiedziałem do Munoto. Zaśmiał się cicho.
- Zmieniłeś się.- Zauważył Toshio. Spojrzałem na niego.
- Wiem. Straciłem oko.- Zażartowałem.
- Y.- Wydukał zaskoczony. Zaśmiałem się głośno.
- Nie rób takiej zdziwionej miny.
- To nie żartuj sobie z czegoś tak poważnego.- Powiedział zmieszany. Kiwnąłem głową.
- To dlaczego twoim zdaniem się zmieniłem?
- Ponieważ kiedyś w życiu byś się tak nie zachowywał przy Suyo. A teraz sobie z nim żartujesz, droczysz się i kłócisz.
- Kłóciłem się od początku.- Zauważyłem.
- Ale nie potrafiłeś mu się postawić.
- Gdybym nie potrafił to bym się z nim nie kłócił.- Powiedziałem biorąc łyk soku.
- Czuć od ciebie erotyczne zapachy. Wiesz jakbyś coraz częściej smakował seksu.- Powiedział Toshio. Wyplułem na jego twarz całą zawartość swoich ust. Zakaszlałem zginając się w pół. W barze było słychać tylko i wyłącznie mój kaszel. Ciemny sok delikatnymi stróżkami spływał z jego zaskoczonej twarzy.

^^~^^

- Ale… hyc! Wy się powinniście dogadywać!- Zawołał groźnie Ryoko. Spojrzałem na niego. Byłem tutaj najtrzeźwiejszy.
- Dlaczego niby musimy? Nie mam żadnego przymusu aby zgadzać się na wszystko z nim i wykonywać każdy jego rozkaz.
- Nao.- Zaczął Torazo. Tylko on i Ryoko jak na chwilę obecną siedzieli ze mną przy stoliku. Reszta wyszła gdzieś na chwilę.
- Nie spieraj się ze mną. Jeżeli będzie mnie denerwował to będę to okazywał a nie dusił w sobie.
- Przez takie kłótnie ty i on wiele tracicie w oczach oddziału.
- A co mnie obchodzi, że tracę w oczach oddziału. Ja tutaj jestem medykiem więc nic więcej mnie nie obchodzi. Jeżeli bierzecie grzecznie leki i słuchacie się moich rad dotyczących waszego zdrowia resztę mam w dupie.
- Tobie się tylko wydaję, że jesteś zwykłym medykiem
- Medyk Nadzwyczajny.- Zakpiłem z niego. Ryoko spojrzał na mnie krzywo.
- Jeżeli Suyo jest liderem to ja jestem jego lewą ręką.
- Lewa ręka jest od brudnej roboty.- Powiedziałem. Kiwnął głową. Pokazałem palcem na Torazo.- To on to prawa ręka.
- Nie to Moja lewa ręka. Prawą ręką Suyo jest medyk. Tak jest w każdym oddziale. Prawą ręką lidera jest medyk. W naszym przypadku ty. Więc…
- Co proszę?- Przerwałem mu zaskoczony.
- O czym gadacie?- Zapytał Munoto. Wrócili. Powiało od nich chłodem. Byli poza barem?
- O niczym.- Powiedział Torazo.
- Wytłumacz mi to.- Poprosiłem.
- Innym razem. Teraz zapomnijmy o tej rozmowie.
- No chyba cię do reszty popierdoliło.- Powiedziałem. Skrzywił się.
- Pogadamy o tym przy lepszych warunkach, dobra?- Poprosił składając ręce jak do modlitwy. Cmoknąłem głośno opierając twarz na dłoni i patrząc na bok.
- O co chodzi?- Zapytał Katsuyoshi siadając koło mnie. Ten też był już pijany.
- O nic.- Odpowiedział Ryoko. Dlaczego nie chcieli o tym przy nich rozmawiać nie miałem zielonego pojęcia. Poczułem na sobie jego spojrzenie.
- Coś mi się wydaję, że to jednak coś poważnego skoro on tak wygląda.
- To źle ci się wydaje.- Za pyskowałem. Spojrzał na mnie mrużąc oczy. Odwróciłem się do nich twarzą podkulając nogi i ustawiając je na ławeczce na której siedziałem. Widziałem teraz dokładnie twarz swojego Opiekuna. Wypił łyk piwa i przeciągnął się zmarnowany. Podrapał się po głowie.
- Nad czym tak myślisz?- Zapytał Washichi.
- Ruchać mi się chcę.- Powiedział bez ogródek. Otworzyłem szeroko oczy gapiąc się na niego z rozdziawioną gębą. Podrapał się po głowie i spojrzał w sufit.- Chyba będę musiał sobie na dzisiejszą noc jakąś laskę skołować.
- Z tego co wiem to chyba masz teraz jakąś dupkę do posuwania.- Powiedział Yaichiro. Starałem się nie ruszyć.
- Dlaczego tak myślisz?- Zapytał mój Opiekun nawet na nich nie patrząc.
- Ponieważ ostatnio jesteś bardziej wyluzowany. Nie chodzisz taki wkurwiony i w ogóle. Każdy w oddziale to zauważył więc myśleliśmy, że jednak kogoś sobie znalazłeś.
- Eh.- Wypuścił głośno powietrze.- Aktualnie mam z nią abstynencję. Coś jej obiecałem i przez dwa tygodnie mam jej nie ruszać. W sumie to zostało sześć dni. Ale jeżeli się nie dowie, że spałem z kimś innym to nie będzie robić wyrzutów.- Dodał. Zacisnąłem mocno zęby. Zerknął na mnie z ukosa. Uśmiechnął się pod nosem. SKURWIEL JEDEN! Sięgnąłem po swoją szklankę. Złapał mnie znienacka za rękę prostując się i opierając wolną rękę o stół. Spojrzał na mnie.- To moje piwo.- Zauważył. Spojrzałem na szklankę którą trzymałem. Miał rację.
- Wybacz.- Powiedziałem próbując uwolnić swoją rękę. Puścił mnie po chwili. Zapiekło.
- Czyli jednak z kimś się spotykasz.- Powiedział uradowany Ryoko. Suyo zaśmiał się cicho pod nosem.
- My się nie spotykamy, tylko ze sobą sypiamy.
- Czyli nic się nie zmieniło.- Dodał załamany chłopak. Spojrzałem na niego pytająco.
- O co ci chodzi?- Zapytał Suyo. Teraz to Ryoko spojrzał na sufit.
- Myślałem, że po tym jak zerwałeś z Kobo to jednak ustatkowałeś się z kimś innym.
- A Kobo nie chodzi teraz czasami z Suigite?- Powiedziała Sakue. Kobo. Suigite. Znałem te dwa imiona. Katsuyoshi uniósł głowę do góry.
- Mówiłem ci chyba, że masz nigdy więcej nie mówić na głos o tym związku.- Powiedział chłodno. Przekrzywiłem głowę w bok. Kobo. Suigite. Kobo. Suigite. Kobo… FACE PALM!!! Spojrzałem na niego zza palców dłoni którą zakryłem połowę twarzy.
- Co jest?- Zapytała Yuke. Pokręciłem przecząco głową. Opuściłem ręce w dół i wypiłem do reszty zawartość swojej szklanki. Pomachałem nią w górze. Bill pomachał do mnie ręką, że zauważył. Sięgnąłem po chipsa leżącego na naszym stoliku. Wsadziłem go do ust. Przegryzałem go powoli.
- Czyżbyś nie wiedział, że twój Opiekun…- Zaczęła Sakue. Wyciągnąłem w jej kierunku rękę uciszając ją w ten sposób.
- Nie mów.- Powiedziałem chłodno. Gotowało się we mnie. Nie dość, że wcześniej urządzali sobie przy mnie takie rozmowy na mój temat nie wiedząc w sumie, że to o mnie ale liczył się sam fakt to jeszcze musieli gadać o tym z kim spał… Billy przyniósł mi mój kubeczek z soczkiem. Wypiłem wszystko na raz. Nie obchodzi mnie z kim sypiał!
- No w sumie to cię nie powinno interesować.- Powiedział Torazo.- Ty lepiej powiedz z kim ty się potajemnie spotykasz?- Zaczął. Zerknąłem na niego wilkiem.
- Nie powinno cię to interesować.
- Oj nie bądź taki. Powiedz kto jest twoją szczęśliwą wybranką.
- Hideki.- Powiedziałem wrednie. Pierwszy raz zobaczyłem u niego taką minę. Oczy mu pociemniały, zacisnął mocno zęby. Ściągnął brwi. Wyglądał groźnie. Oddychał ciężko. Uniosłem ręce w geście poddańczym.- Żartowałem. Hideki to kumpel z podwórka i nikt więcej. Słowo.- Powiedziałem. Przyglądał mi się jeszcze dłuższą chwilę po czym złapał się za kość nosową zaciskając ją mocno. Zamknął oczy. Dopiero kiedy je zamknął każdy na mnie spojrzał zaskoczonym spojrzeniem.
- Powiedz mi jakim cudem Młody tak cię wkurwił wypowiadając tylko jedno słowo?- Zapytał Yujiro. Spojrzałem na niego.- Przeważnie tak wyglądasz jak na poważnie bierzesz swoją robotę.- Dodał. Przekrzywiłem głowę. Jeżeli on tak wygląda jak coś bierze na poważnie to „Panu podziękujemy”.
- Hideki? Kto to?- Zapytał Katsuyoshi.
- Uczysz go.- Zauważyłem inteligentnie. Spojrzał na mnie.
- Nie zaprzątam sobie głowy zapamiętywaniem imion wszystkich dzieciaków ze szkoły.
- To mój chłopak.- Powiedział Torazo.
- A i wszystko jasne.- Suyo spojrzał na mnie i zaśmiał się głośno.
- I co rżysz?!
- Nie krzycz.- Strzelił mnie delikatnie w czoło. Złapałem się za nie.- Najpierw wkurwiasz w ten sposób Ryu teraz Torazo. Mam nadzieję, że u Torazo to tylko słowa.
- Przecież powiedziałem, że to tylko żart.
- Tylko słowa?- Zapytał Torazo.
- Wyobraź sobie, że ten głupek dobierał się do chłopaka Ryu.
- Do tego z którym chodzi już cztery lata?
- Tak.
- Dobierał się?- Zapytał i zerknął na mnie. Po chwili wyciągnął telefon i odszedł gdzieś na bok.
- Po chuj mu to mówiłeś?- Zapytałem. Spojrzał na mnie.
- Licz się ze słowami.
- Nie musiałeś mu tego mówić!- Krzyknąłem. Wstałem.- Możesz mnie wypuścić?
- Gdzie idziesz?- Zapytał. Spojrzałem na niego. Oparłem rękę na stole i przeskoczyłem przez niego lądując na podłodze. Odszedłem bez słowa niknąc w toalecie. Chciałbym przemyć twarz, ale wtedy zamoczę bandaż. W sumie to mogę go już ściągnąć i zastąpić go przepaską. Nie robię tego z bardzo płytkich pobudek. Boje się tego co tam znajdę. Uniosłem twarz do góry. Drgnąłem kiedy zobaczyłem jego odbicie w lusterku.
- Czego?
- Widzę, że jednak nie zwijasz się z bólu jak ostatnio.- Powiedział. Nie odpowiedziałem na to. Wytarłem ręce i ruszyłem w stronę wyjścia. Zagrodził mi drogę ręką.
- Coś jeszcze?- Zapytałem nie patrząc na niego. Złapał mnie pod brodę. Próbowałem się cofnąć ale nie dałem rady.
- Eh.- Odpowiedział tylko i wpił się w moje usta. Naparłem na niego całym ciałem próbując temu zaprzeczyć. Przyciągnął mnie do siebie mocniej. Poczułem w ustach jego język. Dzisiaj był bardzo brutalny. Nie mogłem oddychać. Miażdżył swoimi ustami moje. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Rozchylił delikatnie moje nogi swoim lewym kolanem. Ugryzłem go w język. Wyprostował się sycząc przeciągle. Przetarł usta. Spojrzał na swoją rękę. Krew. Wiedziałem, że krwawi chwilę przed nim kiedy poczułem w ustach metaliczny smak. Spojrzał na mnie gniewnie.
- Nie rozpędzaj się tak. Mam jeszcze według ciebie sześć dni.- Zauważyłem. Ruszyłem przed siebie. Złapał mnie za ręce unieruchamiając mi je nad głową. Przycisnął je mocno do ściany. Teraz to i ja widziałem ścianę. Nie miałem jak się bronić. Odsłonił z łatwością moje ramię i wgryzł się w nie. Jęknąłem z bólu zagryzając się na swoich wargach. Ramie piekło niemiłosiernie. Zaprzestałem prób uwolnienia się kiedy zauważyłem, że wtedy gryzł jeszcze mocniej. Przeciągnął po ranie swoim szorstkim językiem.
- Mówiłem co ci zrobię, jeżeli jeszcze raz mnie ugryziesz.- Powiedział szeptem do mojego ucha. Zadrżałem odwracając twarz w bok. Puścił mnie. Osunąłem się na dół. Usłyszałem jak za nim zamykają się drzwi.

###
Ogarnąłem się w kilka minut i wróciłem do swojego stolika. Suyo uśmiechał się delikatnie.
- Oj.- Powiedziałem stając naprzeciwko niego. Prawa ręka piekła. Za mocno przewiązałem na niej przepaskę. Spojrzał  na mnie z ukosa. Nie wiem jaką miałem minę ale otworzył delikatnie zaskoczony usta. Zamachnąłem się z całej siły uderzając go otwartą ręką w twarz. Odskoczyła mu na bok. W barze zapanowała cisza. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem przed siebie. Przechodząc koło baru położyłem na nim pieniądze. Wyszedłem z jego wnętrza wiedząc, że moje chwilę w tym momencie są policzone i jeżeli przeżyje do kolejnej minuty to będzie cud. Skręciłem w bok poluźniając przepaskę na ręku. Przeszedłem kilka skrzyżowań wybierając mało uczęszczane drogi. Żyje. Jeszcze żyję.
Pojebało cię do reszty?!

Przestań jojczyć.

Wiesz co on ci zrobi?!

Wiem

To po chuj to robiłeś?!

Ucisz się w końcu!

Mam nadzieję, że wykupiłeś miejsce w kostnicy.

I głos zamilkł. Skręciłem w boczną uliczkę prowadząco do mojej dzielnicy. Zatrzymałem się z głośnym hukiem. Spojrzałem przed siebie. Naprzeciwko mnie stał Toshio.
- Sorry Młody.- Powiedział z żalem w oczach.
- Za c…- Urwałem. Poczułem ostry ból w tyle głowy. Ktoś stał za mną. Złapałem go za ramiona osuwając się w dół. Straciłem przytomność.

^^~^^

Otworzyłem oczy. Doskwierał mi ból głowy. Rozejrzałem się dookoła siebie. Znajome miejsce i to w chuj bardzo, ale… co ja tutaj robiłem? Pamiętam jak dostałem w głowę niedaleko swojej dzielnicy i straciłem przytomność, ale co było później nie mam pojęcia.
Przekręciłem głowę w bok. Koło mojej twarzy zatrzymał się znienacka ostry nóż wojskowy. Go też znałem. Spojrzałem powoli w stronę sufitu. Nie widziałem go. Przesłaniała mi go twarz mojego Opiekuna. Na lewym policzku widniał szeroki siniak. Pamiątka po mnie. Ani drgnąłem. Patrzyłem w jego oczy.
- NAAAAAOOOOKIIIIII.- Jego głos sprawił, że włosy stanęły mi dęba. Nie byłem w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Ruszyłem delikatnie ręką aby unieść się trochę wyżej. Nie dał mi na to najmniejszych szans. Przygwoździł moją rękę do łóżka na którym leżałem nawet na nią nie zerkając. Bolało…
- Puść…- Powiedziałem cicho.
- Hę?! Czy ty mi czasami rozkazujesz?!- Ryknął na mnie. Zacisnąłem mocno powieki wstrzymując powietrze. Ani drgnąłem. Bolały mnie płuca. Domagały się powietrza. Poczułem na szyi jego zimne palce. Otworzyłem oczy. Puścił moją rękę przeciągając palcami po moich ustach, które rozchyliły się bezwiednie. Zaczerpnąłem cicho powietrza. Nie mogłem się powstrzymać. Doświadczenie nauczyło mnie robić tego co teraz chciał. Nóż nadal tkwił koło mojej twarzy chociaż już go nie trzymał. Zabrał rękę której palce drażniły moje usta i machnął nią delikatnie. Dostał jakąś wiadomość. Po chwili i ja dostałem swoją. Machnąłem delikatnie ręką wiedząc, że wiadomość pojawi się przed moimi oczyma.

Sorry, tłumaczyliśmy ci, że lider i medyk mają się zgadzać we wszystkim, a nawet jeżeli się nie zgadzają to swoje spory mają załatwiać na osobności a nie przy innych członkach oddziału. Już wcześniej został złożony raport do Góry dotyczący waszej niezgody. Nasi przełożeni powiedzieli, że jeżeli jeszcze raz dojdzie do jakiejś kłótni między wami której ktokolwiek mógłby być świadkiem mamy pozwolenie na ogłuszenie waszej dwójki i zamknięcie was w odpowiednim miejscu dopóki nie zaczniecie się dogadywać- przeważnie takie spory w innych oddziałach są wyjaśniane po jakiś dwóch tygodniach. Wcześniej dostarczyliśmy tutaj kilka twoich jak i jego ubrań, macie jedzenie, wodę oraz twoje leki. Za dwa tygodnie sprawdzę jak się sprawy między wami mają. Jeżeli nadal będziecie się kłócić zostaniecie tam zamknięci na dłuższy okres czasu.
Trzymaj się i nie pozabijajcie się tam czasami.

Ryoko.

Spojrzałem na niego nie wierząc w to co przeczytałem. Miał ściągnięte brwi. Chyba dostał coś w po dobie. Puścił mnie i wstał. Poszedł gdzieś. W końcu mogłem usiąść na łóżku. Rozejrzałem się dookoła. Pomyliłem się. Myślałem, że to jaskinia w której kiedyś ukrył mnie Izo, ale ona po prostu wyglądała mniej więcej tak samo. W tamtej nie było łazienki, stało tam tylko łóżko, stół i dwa krzesła. Tutaj znajdowało się łóżko w dobrym stanie, stół, dwa krzesła, nawet dwa fotele przy oddzielnym stoliku, jakiś regał z grami planszowymi. Była normalna kuchnia. Zajrzałem za róg za którym zniknął. Półki alkoholu. Coś co łączyło oba te miejsca. Chciałem zapytać gdzie jesteśmy, ale bałem się odezwać. Spojrzałem w drugą stronę. Leżała tam dziwnie znajoma torba. Podszedłem do niej. Zajrzałem tam. Kilka starannie złożonych moich ciuchów, oraz mała apteczka. Mają szczęście, że zapakowali mi moje leki na to oko. Pomacałem się po kieszeniach. Nie było tam telefonu. Rozejrzałem się po pomieszczeniu.
- Zabrali.- Usłyszałem chłodną odpowiedź. Kiwnąłem głową nawet na niego nie patrząc.

**

Siedziałem na łóżku. On na fotelu tyłem do mnie. Rozwijałem powoli bandaże z oka. Koło mnie leżała przygotowana przepaska. Ręce delikatnie mi drżały. I pomyśleć, że teraz będę musiał dawać sobie zastrzyk pod oko. Uchyliłem je delikatnie. Obraz przed nim był delikatnie zamglony. Światło raziło. Bolało. Zamrugałem kilka razy. Otworzyłem oko. Obraz przed nim zrobił się fioletowy. Skierowałem spojrzenie na swojego Opiekuna. Widziałem tylko tył jego głowy. Koło jego obrazu zaczęły pojawiać mi się jakieś liczby i litery. Zamrugałem kilkakrotnie. Przewidziało mi się. Spojrzałem na niego ponownie. Zabici ludzie: 29. Zabici Łowcy: 2. Schwytani ludzie: 1999. Zabici magowie: 5000. Ostatnio dokonane zabójstwo: Dwa tygodnie temu.  Zakryłem pospiesznie usta zamykając mocno oczy. Nic nie widziałem. Nic nie widziałem. Nic nie widziałem. Podniosłem się z łóżka na chwiejnych nogach. W ręku trzymałem przepaskę. Wolną ręką zasłaniałem lewe oko. Przeszedłem szybko przez pokój wpadając do łazienki. Położyłem opaskę na zlewie. Odkręciłem wodę. Przemyłem twarz kilkakrotnie.
- Nao co ci?- Usłyszałem za sobą jego głos. Drgnąłem.
- Nic.
- Coś z okiem?
- To nic takiego. Proszę mnie zostawić.- Powiedziałem nadal przemywając twarz. Poczułem na ramieniu jego rękę.
- Pokarz, wtedy uwierzę w twoje słowa.- Powiedział. Uparty idiota.
- Ręcznik. Podasz?- Zapytałem wyciągając w jego stronę rękę. Po chwili czułem w ręku charakterystyczną szorstkość. Przetarłem kilka razy twarz. Sięgnąłem po przepaskę zakładając ją na oko. Poprawiłem włosy i spojrzałem na niego.- Naprawdę nic mi nie jest.
- To dlaczego…?
- Przez kilka dni na nie, nie patrzałem więc kiedy zerknąłem przez nie poraziła mnie ostrość barw i doszedłem do wniosku, że jeszcze za szybko je otworzyłem. Jeszcze jakieś dwa tygodnie i będę mógł normalnie przez nie patrzeć.- Powiedziałem. Chociaż nie byłem pewny czy chciałem przez nie patrzeć. Kiwnął głową i wyszedł z łazienki. Zamknąłem za sobą drzwi. Skoro tutaj jestem to skorzystam z toalety.

**

Siedziałem przy stoliku. Właśnie skończyliśmy jeść poprędce przyszykowany posiłek.
- Pozmywam. Idź się myj.- Rozkazał. Wstałem bez słowa ze swojego miejsca i ruszyłem przed siebie. Eh. Jeżeli tak ma wyglądać nasz areszt to już bym wolał by mnie zabił a nie. Wyszorowałem się dokładnie ubierając na siebie pidżamę którą ktoś mi spakował. Podejrzewam, że to Gihei albo Doi. Wyszedłem z łazienki. Czekał koło niej z małym tobołkiem w ręku. Wszedł do łazienki po mnie bez żadnego słowa. Usiadłem na fotelu patrząc przed siebie. Było tutaj tylko jedno łóżko. Było długie więc on w nim będzie spał. Ja złącze ze sobą dwa fotele. Jak zwinę się w kłębek to na pewno się na nich zmieszczę. Mieliśmy tutaj kołdrę, koc oraz dwie poduszki. Wziąłem mniejszą poduszkę oraz koc. Zsunąłem ze sobą dwa fotele. Może być trochę niewygodnie. Usłyszałem jak zakręcał wodę. Ulokowałem się na fotelach naciągając na głowę sporą połać koca. Leżałem zwinięty w kłębek. Może zdejmę przepaskę aby oko mi odpoczęło oraz skóra od czegokolwiek co by jej dotykało? Poczułem ostry ból głowy. Usiadłem gwałtownie na swojej prowizorycznej leżance.
- Co ty odwalasz?- Zapytałem poddenerwowany trzymając się na głowę.
- To chyba kurwa moja kwestia jest? Co ty odpierdalasz?- Zapytał.
- Nie wiem o co ci chodzi.- Powiedziałem. Uniósł ponownie rękę.- Ty śpisz w łóżku.
- No chyba nie.
- No chyba tak.- Powiedziałem zaciągając na swoją głowę ponownie koc. Otworzyłem szerzej oczy kiedy wyczułem, że unosi mnie delikatnie na rękach.- Ej! Postaw mnie!- Krzyknąłem zgarniając koc z głowy.
- Nie szarp się bo cię upuszczę.- Zasyczał. Próbowałem mu się wyrwać. W pewnym momencie zachwiał się. Poczułem jak obaj lecimy do przodu. Znaczy się on do przodu a ja do tyłu. Zaparło mi dech w klatce kiedy poczułem pod sobą materac łóżka. Nie mogłem złapać oddechu. Leżał na mnie. Podciągnął się jęcząc cicho. Zesztywniał momentalnie.- Kurwa!- Krzyknął i odwrócił się do mnie tyłem. Wyglądało jakby chciał wyjść z łóżka ale nie mógł się na to zdobyć. Wstałem z zamiarem ucieczki. Chciałem go ominąć i pobiec przed siebie. Złapał mnie w pasie przytrzymując mocno.
- Puszczaj!- Krzyknąłem. Złapał mnie delikatnie za dłoń i nakierował w przestrzeń przed nami. Tak jakieś piętnaście centymetrów od łóżka natrafiłem na jakiś opór. Jakby niewidzialną ścianę. Kidy tylko jej dotknąłem moje ciało zostało rażone prądem. Zabrałem ją pospiesznie. To dlatego mnie powstrzymał. Gdybym na nią wpadł to nie skończyło by to się dla mnie za ciekawie. – Co to jest?
- Nie sądziłem, że i tutaj to zamontowali.
- Co to jest?- Powtórzyłem pytanie.
- Blokada. Jeżeli w porze potencjalnego snu obaj będziemy w obrębie łóżka blokada się uruchomi.
- Po co ona?
- W łóżku najlepiej się ludzie godzą.- Powiedział. Naparłem na jego nogi aby się uwolnić.
- Ja nie mam zamiaru się z tobą na łóżku, w łóżku ani nigdzie indziej godzić.- Powiedziałem sapiąc ciężko. Popchnął mnie na ścianę za nami.
- O co się tak wściekasz. To chyba ja powinienem być wkurwiony. Kolejny raz podniosłeś na mnie rękę i to z twojego powodu i twojej niewyparzonej mordy tutaj jesteśmy więc to chyba ja powinienem się wkurwiać, a nie ty.
- Jeszcze się pytasz o co się wściekam?!- Zapytałem oburzony. Dlaczego cała wina została przypisana mnie?
- Nie wiem dlatego się pytam!
- Mogłeś im jeszcze powiedzieć z imienia z kim sobie sypiasz! Kim jest ta twoja dupa do posuwania! I jeszcze po takiej rozmowie robisz takie rzeczy w łazience! Niby jakbym się z tego wytłumaczył jakby każdy to zauważył?! Że co?! Że mnie kurwa komar ugryzł?! Weź czasem rusz tą pustą łepetyną, a nie!!- Wydarłem się na niego. Złapał mnie za przeguby dłoni przyciskając mnie do ściany.
- Nie mogłeś tego powiedzieć w jakiś inny sposób tylko atakować mnie na środku baru pełnego Łowców?!
- Jak do ciebie nic normalnie nie dociera! Tempa Pało!
- Licz się ze słowami!
- I ten twój standardowy tekst : LICZ SIĘ ZE SŁOWAMI!! Mam go po dziurki w nosie! Weź się w końcu ogarnij! Ile ty masz kurwa lat?! Czasami zachowujesz się jak rozpieszczony bachor! Myślisz, że na wszystko ci wolno tylko dlatego, że…- Urwałem kiedy przyłożył mi znienacka dłoń do ust.
- Ani. Słowa. Więcej.- Wycedził przez zaciśnięte zęby. Odepchnąłem jego rękę.
- I widzisz?! Znowu to robisz!
- ZAMKNIJ SIĘ ALBO GORZKO TEGO POŻAŁUJESZ!
- Weź mi nie rozkazuj, nie myśl sobie…!- Urwałem przerażony kiedy wpił się w moje usta. Pożałuje. Nie pobije mnie. To chciał mi powiedzieć kiedy wykonał ten ruch. Nie pobije mnie. Zrobi coś gorszego moim mniemaniem.
Mogłem trzymać mordę na kłódkę!

 ************************************************
no to by było dzisiaj na tyle:). mam nadzieję, że wam się spodobało:). Pozdrawiam i niedługo zapraszam na kolejny rozdział:)
Gizi03031

czwartek, 2 października 2014

20. „Nic wielkiego nie osiągniesz bez akceptacji samego siebie” 20.

Hejka!
Zapraszam na kolejny rozdział napisany w trudzie i pocie czoła pod dymiącymi się palcami:).
Eh... dzisiaj postanowiłam, że opowiadanie to będzie się mieścić w 30-35 rozdziałach. Nie więcej nie mniej. Mam nadzieję, że to zaakceptujecie i bez problemów pożegnacie się z głównymi bohaterami.
Nie martwcie się. Za szybko to nie nadejdzie ponieważ na dzień dzisiejszy mam dopiero napisanych 22 rozdziałów więc wiecie. Nim dopisze pozostałe rozdziały trochę minie.
Ok. Nie truje wam już więcej i zapraszam do czytania. Mam nadzieję, że rozdział się spodoba:)
**********************************************
 Ocierał się o mnie ale nie wszedł jeszcze w moje wnętrze. Czasami na nie napierał by po chwili znowu wrócić do samego ocierania. Bałem się momentu kiedy jednak dojdzie do wniosku, że jednak pora na umieszczenie GO w moim wnętrzu.
Mogłem się o to założyć, że tak to się skończy. Gadanie gadaniem niech sobie będzie, ale swoje musiał zrobić.
- Nie…- Powiedziałem cicho w proteście kiedy opuścił moje biodra niżej. Trzymałem się kurczowo jego ramion. Pokręciłem przecząco głową.
- Dałem ci wybór.- Powiedział. Miał rację. Dał mi wybór. A ja z niego nie skorzystałem, dlatego chciał to zrobić tak jak staliśmy. Bez przygotowania. Ale przecież to nie możliwe. To nie wejdzie we mnie tak na sucho, bez żadnego przygotowania. Nawet jak robił to przez chwilę nie bolało tak bardzo jak teraz kiedy próbował wejść we mnie na „sucho”.
- Ale…
- No co?- Zapytał kiedy próbowałem coś powiedzieć.
- IDIOTA!- Krzyknąłem odpychając go od siebie. Oparł się o oparcie swojego fotela (nie wiem nawet kiedy przenieśliśmy się do jego gabinetu- tak! Byliśmy nadal w biurze w pracy!!). Zszedłem z jego nóg upadając przed nim na kolana. Ośliniłem dwa palce lewej ręki nawet na niego nie patrząc. Zsunąłem wcześniej przygotowaną rękę w dół swoich pleców. Zanurzyłem jeden ze swoich palców w moim wnętrzu. Nie lubię tego uczucia!
Zamknąłem oczy i drżącą ręką sięgnąłem po jego wielkiego, nabrzmiałego członka. Poruszając szybko swoimi palcami w moim wnętrzu wziąłem go do ust przełykając przy tym ślinę.
Jak on to przeważnie robił??
Ssał!
No tak. Tak więc zacząłem go delikatnie ssać nie otwierając oczu. Ssałem go powoli nie myśląc o chęci zwymiotowania tu i teraz na jego kroczę. Co robić dalej?
Poruszał głową. Przygryzał go delikatnie. Lizał. Całował.
I ja mam to wszystko zrobić?!
Otworzyłem delikatnie jedno oko. Siedział oparty o fotel. Opierał ze znudzenia twarz na dłoni i spoglądał na mnie nie okazując żadnych uczuć. Nie wiedzieć dlaczego zdenerwowało mnie to. Zacisnąłem na nim delikatnie zęby. Reakcja była natychmiastowa. Złapał mnie za włosy zaciskając na nich mocniej palce.
- Nie gryź.- Powiedział przybliżając swoją twarz w miarę możliwości do mojego ucha.
- Asyuyeś.- Próbowałem powiedzieć „zasłużyłeś” ale wyszło mi całkiem co innego. No cóż. Pierwszy raz miałem fiuta innego faceta w ustach więc co się dziwić, że miałem problemy z wysławianiem się.
Chwila. Ciekawe czy ktoś kto częściej to robił potrafił mówić z tym czymś w buzi normalnie. Jakoś wątpiłem.
Przeciągnąłem po nim językiem. Drgnął opierając się ponownie o oparcie fotela.
- Wystarczy.- Powiedział wyciągając w moim kierunku rękę. Ponownie przeciągnąłem po nim językiem. Znowu zadrżał. Oho! A więc to tak!!:D- Nao nie każ mi się…- Urwał zakrywając jedną ręką usta kiedy nieustannie zacząłem przeciągać po nim swoim językiem. Zarumienił się delikatnie. Zmrużył oczy. Zmarszczył brwi. Był zdenerwowany. Wyciągnąłem go na chwilę z ust przecierając je dłonią. Złapał mnie znienacka za oba policzki. Spojrzałem na niego zaskoczony. Przyciągnął mnie do siebie.
- Jeszcze…- Nie zdołałem nic więcej powiedzieć. Pozostało mi tylko pospieszne zakrycie ust wolną ręką kiedy wsunął we mnie trzy swoje palce. Efekt był inny niż w przypadku moich. Jego były o wiele dłuższe niż moje. Stałem między jego nogami opierając czoło o brzeg oparcia fotela. Ustałbym tak pewnie jeszcze jakiś czas gdyby nie to, że przeciągnął swoim językiem po moich sutkach. Kolana ugięły się pode mną z bezsilności.- Starczy…- Zajęczałem błagalnym głosem.
- Jak sobie życzysz.- Powiedział i przyciągnął mnie bliżej siebie. Zamglonymi oczyma spoglądałem na górne półki w jego biurze kiedy wchodził we mnie delikatnie. Łapiąc się kurczowo jego ramion zagryzłem wargi. Zapiekło, ale nie było tak jak na początku mojego drugiego razu (pierwszego nie pamiętam) oraz początku dzisiejszego razu.

**rano**

Siedziałem u niego w gabinecie na podłodze. Nie wróciliśmy na noc do domu. Za godzinę ma się zejść reszta oddziału. Nie wszyscy wiedzą co mi się stało. Na sobie miałem zarzucone jego Haori. Spojrzałem na niego. Stał przy swoim biurku. Na sobie miał tylko spodnie. Jego ciało zdobiło wiele licznych blizn. Bolało mnie gardło. Robiliśmy to prawie całą noc. Teraz jeżeli ktoś by mnie delikatnie popchnął to pewnie bym się zatrzymał na pobliskiej ścianie i już bym nie wstał.
- Co jest?- Zapytał nie patrząc na mnie. W ręku trzymał jakieś papiery. Dopiero teraz zorientowałem się, że gapię się na niego od jakiegoś już czasu.
- Nic.- Powiedziałem zachrypniętym głosem.
- Chcesz więcej?- Zapytał wrednie. Zerknął na mnie z ukosa. Pokazałem mu środkowy palce odwracając się do niego tyłem.
- Pierdol się.- Warknąłem. Zaśmiał się głośno. Nie lubie kiedy tak się śmieję. To oznaka, że ma na maksa polewkę z czegoś. W tym przypadku ze mnie.
- Pytam się czy chcesz więcej a ty mi każesz się pierdolić. Czyli mam to brać za zgodę?- Zapytał. Spojrzałem na niego przerażony. Nie sądziłem, że mój tekst wykorzysta przeciwko mnie. Zaśmiał się cicho kręcąc przecząco głową. Patrzył w dalszym ciągu na trzymane przez siebie dokumenty. Sięgnąłem po swoje ciuchy.
- Nie.- Odpowiedziałem dla pewności. Uśmiechnął się wrednie kiedy ubierałem na siebie spodnie. Przyglądał mi się uważnie. Oparł się o swoje biurko.
- Jesteś tego pewien?- Zapytał. Spojrzałem na niego wkładając ręce w rękawy koszulki.
- Tak.
- Podejdź.- Powiedział. Spojrzałem na niego niepewnie. Machnął na mnie ręką w celu pospieszenia mojej skromnej osoby. Wypuściłem głośno powietrze z płuc i podszedłem do niego. Pochylił się nade mną łapiąc moją twarz w dwa palce.
- Nie.
- Tylko pocałunek.
- Nie.
- Całą noc mi na to nie pozwalałeś.
- I nadal nie wyrażę na to zgody..
- A jeżeli powiem, że jeżeli się zgodzisz to przez dwa tygodnie będziesz zwolniony z obietnicy i nie będziemy musieli tego robić.- Powiedział. Stanąłem jak wryty. Za zwykłe całowanie zrezygnuje z czterech numerków. Tego jeszcze nie grali.- I co ty na to?
- Co ci tak zależy na jakimś głupim całowaniu.
- Niech cię to nie interesuje.- Powiedział chłodno. Z jego twarzy znikły wszelkie emocje. Wypuściłem głośno powietrze z płuc.
- Jeżeli posuniesz się dalej niż zwykłe pocałunki to cię wykastruje.
- Ok.- Zgodził się bez chwili zastanowienia. Co mu tak bardzo na tym zależało? Zbliżył swoją twarz do mojej. Zadrżałem kiedy jego chłodne usta delikatnie musnęły moich. Właśnie coś sobie uświadomiłem. To był mój drugi pocałunek. W życiu i z nim. Odsunął się delikatnie i spojrzał na mnie.
- Co. Już ci się znu…- Urwałem kiedy ponownie dotknął swoimi ustami moich. Teraz jego pocałunki były pewniejsze. Działałem instynktownie robiąc to samo co on. Naparł na mnie mocniej. Próbowałem go odepchnąć kładąc mu ręce na torsie. Jego skóra była gorąca. Opierał uda o moje kolana. Chwila? Kiedy posadził mnie na swoim biurku. Przeciągnął językiem po moim podniebieniu. Jęknąłem w proteście. Zrobił to ponownie. Prawa ręka bezwiednie opadła w dół po jego torsie i brzuchu. Zahaczyłem palcami o krawędź jego spodni. Naparł ustami jeszcze mocniej niż wcześniej. Były miękkie ale jednocześnie szorstkie. Przybliżył się jeszcze bardziej. Że co?! Kiedy rozłożyłem nogi i pozwoliłem mu podejść bliżej?! Odwróciłem gwałtownie głowę w bok.- Starczy.- Powiedziałem oddychając szybko. Zaśmiał się i cofnął o krok. Spojrzałem na niego, a wtedy on delikatnie pocałował moje usta po czym odszedł sięgając po swoją koszulkę. Moja ręka pacnęła delikatnie o moje kolano. Ręka, którą trzymałem się jego spodni.
- Widzimy się za trzy tygodnie.- Powiedział.
- Spoko.- Kiwnąłem głową i wciągnąłem na siebie koszulkę. Po chwili siedziałem już w jednym z jego foteli kompletnie ubrany.
- Możesz mi coś wyjaśnić?- Zapytał siadając naprzeciwko mnie. Spojrzałem na niego.
- Jeżeli będę potrafił to wtedy to zrobię.
- Jak do tego doszło?- Zapytał pokazując na moje oko. Drgnąłem. Spojrzałem na swoje ręce.
- Czy reszta ci tego nie wyjaśniła?
- Chcę poznać twoją odpowiedź.
- Czy nie wystarcza ci to, że żadnemu z członków twojego oddziału nic się nie stało i dostarczyłem ich całych?- Zapytałem. Uderzył dłonią w blat biurka.
- Jeżeli ty jesteś cały to ja kurwa jestem święty?!- Ryknął. Drgnąłem.- Nie zapominaj, że ty też do niego należysz a twoja pozycja w nim nie pozwala ci na jakiekolwiek zranienie więc pytam się do cholery jak to się stało?!
- Jeżeli bym nie uratował Washichi przed tym wybuchem zginąłby, i ja też.
- Jak to ty też?
- Mało co mnie nie zabiłeś jak jednego z twoich ludzi „porwała” garstka dzieciaków z mojej dzielnicy. Garstka dzieciaków porywająca wykfalifikowanego Łowce. To co byś zrobił jakby zginął.
- Nie narażaj się tak.
- Postaram się.
- Wczoraj obiecałeś mi co innego.- Zauważył chłodno. Drgnąłem napotykając jego spojrzenie.
- No co mam ci powiedzieć? Że w razie niebezpieczeństwa urzyje ludzi z twojego oddziału jako tarczy aby nic mi się nie stało?!
- To również twój oddział! Zaufałbyś nam trochę!
- Mimo, że sam szkole się na Łowcę nigdy nie zaufam żadnemu w stu procentach.- Powiedziałem chłodno. Ręce opadły mu bezwiednie.
- Żartujesz?
- Nie.
- Powiedz, że żartujesz.
- No mówię, że nie.
- Jeżeli tak uważasz to po jaki chuj chcesz zostać jednym z nich?!
- Bo tak mi wyszło w psycho teście!
- Jakby ci wyszło, że masz zostać dziwką to byś nią został?!- Ryknął. Stanąłem sztywno.
- Skończyłem temat.
- Nie waż się wyjść.- Warknął. Spojrzałem na niego.
- Bo?!
- BO NIE SKOŃCZYŁEM Z TOBĄ ROZMAWIAĆ!!
- ALE JA SKOŃCZYŁEM!- Warknąłem na niego i dostałem w tył głowy.
- Oj.- Katsuyoshi otworzył szerzej przerażony oczy. Odwróciłem się powoli do tyłu oddychając ciężko. Toshio drgnął patrząc na moją twarz.- Naoki…- Suyo nie zdążył dokończyć tego co chciał a ja już przygniatałem mojego „oprawce” do ściany przysuwając mu skalpel do szyi.
- Życie ci nie miłe Toshio?- Warknąłem przybliżając swoją twarz blisko jego.
- Nao odłóż to.- Powiedział mój Opiekun. Ani drgnąłem.
- Myślisz, że to zabawne atakować kogoś od tyłu? Chyba znasz mnie na tyle aby wiedzieć co ci zrobię jeżeli…- Czyjeś ramiona objęły mnie delikatnie. Znałem ten dotyk. Skalpel upadł na podłogę. Co on odpierdala?!
- Uspokoiłeś się już?- Zapytał przybliżając swoją twarz do mojego ucha. Poczułem na szyi jego ciepły oddech. Zadrżałem.
- Tak. Możesz mnie już puścić.- Powiedziałem. Odczekał chwilkę.
- Suyo ty mu to zrobiłeś?- Zapytał Toshio. Spojrzałem na niego gniewnie kiedy pokazywał palcem na moją twarz.
- Myślisz że pozwoliłbym aby doprowadził mnie do takiego stanu?
- No wiesz wiele razy widziałem cię po starciu z jego humorami więc wiesz.
- Wychodzę.
- Gdzie znowu? Za chwilę zebranie w konferencyjnej.
- Wrócę za pięć minut.
- Gdzie idziesz?- Katsuyoshi nie dawał za wygraną.
- Muszę zrobić zastrzyk.
- Idę z tobą.
- Nie.
- Idę.
- Powiedziałem, że nie.- Odparłem chłodno, ale już stał koło mnie.
- Toshio idź do konferencyjnej i zbierz tam resztę my zaraz będziemy.
- Chyba powiedziałem, że masz ze mną nie…- Urwałem kiedy złapał mnie mocno za ramię i wyprowadził ze swojego gabinetu. Szedłem w milczeniu za nim. Nie mogłem nadążyć. Czy on nie zdawał sobie sprawy z tego, że jako poszkodowany mam słabsze reakcje więc nie będę gnał za nim tak jak zawsze. Otworzył drzwi od mojego gabinetu i wszedł do środka ciągnąc mnie za sobą. Dopiero tutaj mnie puścił.- Nie musiałeś mnie tak ciągnąć.
- Przestań jęczeć tylko rób ten cholerny zastrzyk i wracajmy.
- Nie musiałeś tutaj ze mną przychodzić skoro boisz się igieł.          
- Tak się składa, że musiałem więc wiesz.- Powiedział. Pokiwałem przecząco głową. Nie będę się z nim kłócił o jakieś takie tam problemy.
- Jak z dzieckiem.- Mruknąłem pod nosem.
- Co proszę?- Warknął.
- Nie nic.- Odpowiedziałem szykując wszystko co będzie mi potrzebne na zastrzyk.- Możesz się odwrócić.- Dodałem mierząc zdrowym okiem zawartość płynu w strzykawce. Nie odpowiedział. Zerknąłem za siebie. Stał tuż za moimi plecami.- Sen…
- Rób.- Rozkazał. Nie wiem o co mu chodziło. W momencie kiedy wbiłem igłę w swoje ciało objął mnie szczelnie lewym ramieniem. Prawa dłoń zasłoniła mi usta. Wszystko stało się jasne kiedy wygięło mnie do tyłu a mój krzyk został stłumiony przez jego rękę. Widział co się stało wczoraj dlatego przyszedł tutaj ze mną.

**kilka minut później**

Siedzieliśmy już w Sali konferencyjnej. Siedzieli tam wszyscy z naszego oddziału. Przyglądali mi się ukradkiem.
- Jak już zdążyliście zauważyć Nao dał ciała na misji czego…
- Nie uważam abym dał ciała.- Przerwałem swojemu Opiekunowi. Spojrzał na mnie.
- Uważam inaczej.
- W tej kwestii twoje zdanie się nie liczy.
- Co proszę?!
- Znowu się zaczyna.- Mruknął Torazo siedzący obok mnie.
- To co słyszałeś!
- Jeżeli nie dałeś ciała to powiedz mi co się stało z twoim okiem?!
- Gdybym dał ciała Washichi by tutaj nie siedział!
- Rozmawialiśmy już na ten temat wiele razy więc…!
- Aaaaa!!- Krzyknąłem siadając na swoim miejscu. Odwróciłem się do niego bokiem zaglądając w swoje papiery. Nie widziałem go i dzięki za to przewiązanemu oku.
- NAOKI DO CHUJA PANA!!!!- Wydarł się uderzając rękoma w blat stołu. Nie odpowiedziałem. Nawet nie drgnąłem.- No jak Boga kocham kurwa zamorduje gówniarza.
- Suyo uspokój się.- Powiedział Ryoko.
- Przecież ja jestem spokojny.
- SUYO.- Uniósł głos. Drgnąłem. Ktoś odważył się na niego krzyczeć?
- Kurwa.- Syknął cicho pod nosem. I nic więcej milczał. W pomieszczeniu nie było słychać niczego.- Wracając do tematu wcześniejszej rozmowy. Dostaliśmy przydział z góry kto zajmie się Towarem. Co za tym idzie Nao dostaniesz nową misję. Prześlę ci jej danę na twój zegar. Nie spierdol tym razem.- Dodał. Zacisnąłem mocniej usta. Nie odpyskuje mu. Nie dam mu tej satysfakcji. Poczułem delikatne ukłucie w lewej ręce. Machnąłem nią otwierając w ten sposób portal. Przed moimi „oczami” ukazał się dokument mówiący jaka jest teraz moja misja.
Ściśle tajne!
Obserwacja stanu i zdrowia psychicznego oraz fizycznego nowego opiekuna produktu- Łowcy Yujiro.
- Oj.- Spojrzałem na niego pochylając się delikatnie nad stołem.- Naprawdę chcesz bym to zrobił.- To nie było pytanie. Stwierdziłem fakt.
- Tak. Chcę.
- Czy ty wiesz o co mnie prosisz?
- Wiem.
- I myślisz, że jak odpowiem?
- Twierdząco. To twoja praca. Masz się zachowywać jak na jebanego Łowcę przystało.
- To zadanie dla Medyka.
- I Łowcy.
- Chyba…
- Zrobisz TO. Słyszysz? Zrobisz!- Powiedział z naciskiem przerywając mi na początku zdania. Zacisnąłem mocno dłonie w pięści. Odwróciłem twarz w bok.
- Wedle PAŃSKIEGO Rozkazu.- Powiedziałem nie patrząc mu w oczy. Noga dygotała niespokojnie. Drgnąłem napinając ramiona. Nie krzycz. Tylko nie krzycz.
Oddaj mi ten ból.

Goń się!

Ulżę ci. Wytrzymasz do końca.

Nie… oddam… go… wytrzymam… dam radę….

NAOKI!!

Uniosłem drżącą rękę do góry. Wszyscy spojrzeli na mnie pytającym spojrzeniem.
- Masz coś jeszcze do dodania?- Zapytał Katsuyoshi. Nie spojrzałem nawet na niego. Gapiłem się w blat stołu.
- Mogę wyjść na chwilę?- Zapytałem. Cisza. Odchrząknął po chwili.
- W celu…?- Zapytał. Zakryłem usta.
- Niedobrze mi.- Wyjaśniłem. Wstałem gwałtownie z krzesła wypadając jak strzała z pomieszczenia. Po chwili leżałem w łazience na zimnych kafelkach wijąc się z bólu. Moje nowe oko paliło niemiłosiernie.

^^~^^

Stałem przed drzwiami do mieszkania. Miałem pojawić się wczoraj wieczorem. Znowu będą źli. Eh… złapałem za klamkę. Wszedłem do środka. W salonie panował mrok. Tak samo w kuchni. Nie ma nikogo? Przekręciłem głowę w bok. Zdjąłem cicho buty. Może śpią.
- Z tego co wiem miałeś przyjść wczoraj.- Usłyszałem cichy głos dobiegający ze schodów. Nie zauważyłem go. Gihei siedział na nich. Nie zdążyłem zdjąć jeszcze z siebie stroju Łowcy. Nadal miałem na sobie kaptur.
- Wybacz. Miałem pełno roboty papierkowej, a dzisiaj mieliśmy zebranie.
- Po misji tak od razu?- Zapytał. Nie wierzył mi. Był obrażony. Wypuściłem głośno powietrze.
- To było konieczne tym razem.
- Gihei mówiłem ci abyś dał mu spokój. On ci niczego więcej nie powie.- Usłyszałem głos dobiegający z góry. Doi. Żaden nie zapalił światła. Nie wiedziałem czy cieszyć się czy może płakać.
- Doi przestań.
- No co. Taka prawda.
- Coś się stało, że obaj się na mnie gniewacie?
- To, że miałeś być WCZORAJ A JESTEŚ DZISIAJ!- Krzyknął na koniec Gihei. Zabrałem się za powolną wspinaczkę po schodach. Zauważyłem jakiś cień po prawej stronie. Tak więc musze przejść po lewej.
- Przecież przeprosiłem.
- Liczy się sam fakt.
- Gihei daj spokój.
- Od kiedy wróciłeś tamtej nocy w takim stanie coś się zmieniło!
- Gihei…
- Rozumiem, że możesz się z kimś spotykać i w ogóle, ale…
- GIHEI!- Usłyszałem krzyk Doi’a. Wyminąłem go bez słowa.
- Co było ważniejsze niż obietnica, że wrócisz?
- Misja.
- Misja ważniejsza niż obietnica?
- Tak.
- Stałeś się prawdziwym psem.
- Oj. Zamilcz. Bo powiesz o jedno słowo za dużo. Wtedy się zezłoszczę.- Powiedziałem chłodno zatrzymując się zaraz za nim.
- Nao ty idioto!- Krzyknął i wbiegł po schodach do góry trącając mnie przy okazji ramieniem. Złapałem się barierki aby utrzymać równowagę. Drzwi w jego pokoju trzasnęły głośno.
- Nao? Stało się coś na misji?- Zapytał Doi. Mówił spokojnie.
- Wiesz, że ci nie odpowiem.
- Wiem. Nie pytam o to co myślisz.
- To o co?- Zapytałem. Milczał. Po chwili oślepiło mnie światło. Zapalił je na korytarzu. Nie patrzyłem na niego. Ukrywałem twarz w kapturze.
- Spójrz na mnie.
- Po co?
- Bo chcę zobaczyć twoją twarz kiedy mówisz mi, że nic się nie stało.- Powiedział stanowczo.
- Noż kurwa.- Powiedziałem cicho i spojrzałem do góry na niego. Na jego przeważnie opanowanej twarzy malowało się przerażenie. Drgnął robiąc krok w moją stronę.
- Co… co ci się stało?
- Miałem małe problemy na misji.- Powiedziałem wchodząc po woli po schodach na górę. Po jego policzkach pociekły łzy.- Nie wyj.
- Ale… twoje oko…
- Nie martw się o to.
- Jak mam… oko… Nao…- Spojrzał na mnie. Wypuściłem głośno powietrze uchylając delikatnie ramie. Dałem mu znać, że pozwalam mu na to. Wtulił się we mnie płacząc przy tym głośno. Dam radę żyć z tym okiem póki oni przy mnie byli…
Dam…
Nie. Muszę dać radę!

 **************************************
I jak wam się podobało??
Z każdym rozdziałem relacje pomiędzy głównymi bohaterami będą się rozwijać tyle wam powiem.
Kolejny rozdział postanowiłam zatytułować:
21. „Skieruj mnie losie tam dokąd trzeba iść, bo tam gdzie nie trzeba to sam wlezę” 21
 Pozdrawiam: Gizi