:)

:)
Na zgliszczach świata powstaje nowy a w centrum tego świata rodzi się miłość

czwartek, 4 września 2014

19. „Często zamiast pytań wystarczy, że ktoś zawsze koło nas będzie…” 19.

Joł ::D!!!
Wiecie co?? Wczoraj zauważyłam, że brak internetu to nie taka zła rzecz:). Wielu osobą może się to wydawać, że to dziwne, ale powiem wam coś. Wczoraj z powodu całodniowego braku neta przysiadłam na dupie i napisałam trzy rozdziały z Nao:). Więc widzicie. Brak neta sprzyja wenie:)!!

Chociaż teraz mam tyle czasu (problemy z robota co mnie bardzo ale to bardzo wkurwia), że mogłabym cały czas siedzieć i pisać, ale tutaj już wchodzi na scene moje lenistwo, więc wiesz....

Ok, ale nie marudzę więc zapraszam was do przeczytania tego rozdziału:). Mam nadzieję, że wam się spodoba:).

************************************************************

Ból. Niemiłosierny ból rozchodzący się po moim ciele. Najbardziej odczuwalny na twarzy. Huczało mi w uszach. Washichi z przerażoną twarzą pochylał się nade mną. Krzyczał coś do mnie. Munoto rzucił telefon za siebie i podbiegł do mnie. On również coś krzyczał.
Ostry ból przeszywający moją lewą część twarzy sprawił, że odzyskałem zdolność słyszenia. Słyszałem swój krzyk. Oraz ich krzyki. Syrena wyła niemiłosiernie. Słyszałem masę kroków zbliżających się do nas. Złapałem Washichi’ego za rękę.
- Tym razem… się nie… spóźniłem…- Wydukałem i straciłem przytomność.

** nie wiem ile czasu minęło**
Czym jest ból? Uczyłem się tego jak miałem jakieś pięć lat. Może mniej. Nauczyłem się definicji. Potrafiłem ją wyrecytować. Wiele razy zaznałem również różnego rodzaju bólu, ale czy  czułem to co teraz. Chyba wątpię.
Jak to szło z tą definicją…
Ból…
Ból…
Ból… to…
Ból…
Według definicji Międzynarodowego Towarzystwa Badania Bólu, ból (łac. dolor; gr. algos, odyne) to subiektywnie przykre i negatywne wrażenie zmysłowe i emocjonalne powstające pod wpływem bodźców uszkadzających tkankę (tzw. nocyceptywnych) lub zagrażających ich uszkodzeniem. Ból jest odczuciem subiektywnym, dlatego jest nim wszystko to, co chory w ten sposób nazywa, bez względu na obiektywne objawy z nim związane. Receptorami bólowymi są nocyceptory.
Odczucie bólu wyzwala również każdy supramaksymalny bodziec specyficzny dla danego receptora, np. silny impuls świetlny powoduje ból gałek ocznych, silny bodziec akustyczny powoduje ból lokalizowany w uchu.
W psychologii ból jest uważany za popęd uruchamiający odpowiednie formy zachowania się zwierzęcia, które prowadzą, często przez uczenie się, do usunięcia się spod działania lub do uniknięcia bodźca bólowego.
Bólowi towarzyszy pobudzenie układu nerwowego współczulnego (przyspieszenie czynności serca, wzrost ciśnienia tętniczego) i wzmożenie wydzielania niektórych hormonów (np. hormonów kory nadnerczy). Ból ma istotne znaczenie dla rozpoznania i umiejscowienia procesu chorobowego oraz uniknięcia lub zminimalizowania uszkodzenia tkanki.
Niepowodzenie w leczeniu bólu ostrego może w niektórych przypadkach doprowadzić do rozwinięcia się stanu bólu przewlekłego.
Istnieje wiele narzędzi pomagających określić natężenia odczuwanego bólu. Skale oceny stopnia natężenia bólu możemy podzielić na trzy grupy: Wizualne – najbardziej popularna jest tzw. skala wzrokowo-analogowa (ang. Visual Analogue Score, VAS). Posługując się linijką długości 10 cm, określa się natężenie odczuwanego bólu, gdzie „0” oznacza całkowity brak bólu, natomiast „10” najsilniejszy ból, jaki można sobie wyobrazić. Odmianą stosowaną u dzieci jest tzw. The Wong-Baker Faces Pain Rating Scale przedstawiająca schematy twarzy wyrażających różne nasilenie bólu.
Werbalne – oceniające ból w sposób opisowy. W skalach tego typu chory może opisywać ból posługując się czterema stopniami jako: brak bólu, ból słaby, ból umiarkowany, ból silny lub dodatkowo, stopień piąty – ból nie do zniesienia.
Numeryczne – oceniające ból w skali liczbowej, gdzie „0” oznacza brak bólu, a „10” najsilniejszy ból, jaki chory może sobie wyobrazić.

Coś takiego. Kiedy dowiedziałem się, że moi rodzice nie żyją odczuwałem to jako 2 w stopniu bariery bólu jaką potrafiłem znieść. Kiedy doznałem złamania otwartego nogi ból odczuwałem jako 5. Kiedy obrywałem od Izo z uśmiechem na ustach mogę powiedzieć, że czułem to jako 0,5. Kiedy bił mnie Suyo czułem to jako 6. Kiedy to z nim robiłem czasami czułem to jako 5 czasami jako 7. Kiedy zmarł Buru czułem to jako 6. Teraz jednak swój ból jaki odczuwałem mogłem sklasyfikować jako 9. Dziewięć i to z ręką na sercu.
Bałem się otworzyć oczy.
- Nao. Słyszysz mnie?! Nao?! Nao?!- Słyszałem nad głową krzyk Washichi. Był przerażony.
- Nie… drzyj… się…- Wydukałem otwierając oczy. Spojrzałem na niego. Coś było nie tak. Uniosłem rękę do góry. Munoto złapał mnie za nią.
- Nie ruszaj. Tutejszy lekarz powiedział, że za dwa dni możesz ściągnąć opatrunki. Wybacz. Podjąłem za ciebie decyzję.- Wyjaśnił. Powoli spojrzałem na niego. Podali mi jakieś silne leki przeciwbólowe bo reagowałem z opóźnieniem.
- Decyzję?- Zapytałem nie rozumiejąc. Munoto podał mi jakiś dokument. Przeczytałem go. Zrozumiałem. Uniosłem rękę delikatnie do góry. Miałem zabandażowane lewe oko. Dokument wyrażał zgodę na przeszczep sztucznego implanta w miejsce straconej gałki ocznej w wyniku wybuchu.- Straciłem… Oko??- Zapytałem sam siebie. Oddałem mu dokument. Wypuściłem głośno powietrze.- Eh. No cóż… a tobie coś się stało?- Zapytałem patrząc na Washichi. Munoto złapał go w ostatniej chwili przed rzuceniem się na mnie z pięściami.
- POJEBAŁO CIĘ?!- Wydarł się na mnie. Ani drgnąłem. Spodziewałem się po nim takiej reakcji więc jakoś mnie to nie ruszyło.
- Washichi uspokój się.- Syknął Munoto. Uśmiechnąłem się do niego.
- Nie ma co dramatyzować.
- I ty też się nie odzywaj. Przez ten incydent możemy mieć przejebane.- Powiedział Munoto nie patrząc na mnie. Spojrzałem na niego.
- O co ci chodzi?
- Wszyscy w oddziale wiedzą, że jeżeli coś ci się stanie to Suyo będzie „zły” i to delikatnie powiedziawszy.
- A co to ma z nim wspólnego. Jestem takim samym pracownikiem jak inni.
- Mylisz się. Jesteś jego pierwszym Podopiecznym więc wszyscy w tym i on patrzą na ciebie inaczej.
- Przesadzasz.
- Zobaczysz. Będzie robił awanturę jak się dowie.- Powiedział Washichi. Munoto puścił go po woli. Obserwował uważnie jego ruchy.
- Chcecie mi powiedzieć, że on nic nie wie?- Zapytałem. Kiwnęli głowami.- Ale przecież rozmawiałeś z nim wtedy?
- Rozwaliłem swój telefon. Washichi od razu wyłączył swój i twój. Tak samo jak poprosiliśmy dowodzących stąd aby nie odbierali telefonów z naszej sfery.
- No to dopiero teraz się wkurwi.- Powiedziałem. Zamilkli na chwilę. Przyglądałem im się uważnie.
- Co cię w ogóle podkusiło?- Zapytał już spokojniej Washichi. Uśmiechnąłem się do niego.
- Jesteśmy z tego samego oddziału.
- No i?
- I jestem twoim Medykiem. Więc moim obowiązkiem jest dbać o twoje życie i zdrowie.
- Dbać a nie wchodzić w moje miejsce. Jako Medyk nie masz chyba prawa być w ogóle ranny. Jeżeli coś ci się stanie to kto się tobą zajmie jak ciebie zabraknie? Pomyśl czasami kretynie! Gdybyś mnie nie odciągnął nie leżałbyś tutaj tylko…
- Ty byłbyś martwy, a Sakue by płakała.
- Nie płakałaby.
- Skąd wiesz?
- Bo ją znam.- Powiedział obojętnie.
- Mylisz się.
- A czy ty płakałeś przy śmierci Buru?
- Płakałem.- Powiedziałem po chwili milczenia. Spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- Niby kiedy?
- Płakałem. Nie ważne kiedy ale płakałem. Bardzo długo.- Powiedziałem nie mogąc przełknąć śliny. Zaschło mi w gardle. Głowa zaczęła mi pulsować. Oko delikatnie rwało. Ciekawe co mi podali? Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę.- Powiedział Munoto. Do środka weszła… Fuku? Jakoś tak. Wiem, że sam nadałem jej to imię.
- Holownik niedługo przyjedzie.- Oznajmiła. Kiwnęli głowami. Przyglądała mi się uważnie.
- Tak?
- Jak… jak się czujesz?
- Jakbym stracił oko.- Powiedziałem sarkastycznie.
- Za dwa dni możesz ściągnąć opatrunek.
- Nie za szybko?
- Nie. Specjalnie przetrzymany dłużej będzie. Ale…
- Ale…?- Zapytałem. Munoto i Washichi wymienili znaczące spojrzenia.- No słucham?
- Ehem…
- Tylko nie wpadnij w histerię czy coś.
- Wątpię.
- Ok. Ten implant nie jest normalny.
- Jak to? Nie jest normalny?
- Chodzi o to, że…- Urwał Munoto kiedy do pokoju wszedł ten koleś który przedstawiał mi Fuku. Spojrzałem na niego. Już mi ciśnienie skoczyło w górę.

** dwie godziny później**

Szedłem w milczeniu za nimi do holownika. Rozmawiali o czymś przyciszonym głosem. Bandaż trochę mi przeszkadzał i denerwował. Musiałem iść bardzo powoli i ostrożnie gdyż widziałem tylko połowę drogi przed sobą. Drzwi otworzyły się. Weszliśmy do środka.
- O której będziemy w domu?- Zapytałem. Munoto spojrzał na zegarek.
- Za jakieś trzy godziny.
- Mogę włączyć już telefon?
- NIE!- Krzyknęli chórkiem. Kiwnąłem głową. Podszedłem do naszego pilota.
- Mógłbym pożyczyć na chwilę od pana telefon?- Zapytałem. Podał mi go nawet na mnie nie patrząc. Wstukałem zapamiętany przeze mnie dawno temu numer. Po chwili ktoś odebrał.
- Tak?
- Ryu-sensei?
- Tak.
- Tutaj Nao.
- Ciężko się nie domyślić. Masz tendencje dzwonienia do mnie z dziwnych numerów.
- Proszę o wybaczenie. Widzi się dzisiaj sensei z Gihei’em?
- A co?
- Bo obiecałem mu, że przekaże mu przez Pana wiadomość kiedy wracam do domu. Na misji jestem.
- No słucham. Siedzi właśnie koło mnie.
- Właśnie wyruszam z miejsca swojej misji. Przybliżony czas powrotu to trzy godziny, ale musze zajść jeszcze do biura więc może mi się trochę przedłużyć, ale dzisiaj będę.
- Ok. Przekaże mu. Nao?- Zaczął.
- Hmmm??
- Czy coś się stało?
- A dlaczego coś miałoby się stać?
- Nie można się do was dodzwonić.
- A.- Zawołałem. Serce zabiło mi szybciej.- O to chodzi. Coś tutaj zakłóca nam nasze telefony i tylko tutejszych ludzi aparatura działa więc musieliśmy wyłączyć nasze. Wszystko jest w porządku.
- Naprawdę?
- Tak. Misja wykonana pomyślnie bez żadnych komplikacji.
- Możesz mi to obiecać.
- Mhy.
- A mu?
- Komu?- Zapytałem. Coś zatrzeszczało po drugiej stronie.- Sensei? Słyszysz mnie?
- Naoki.- Ten głos. Rozłączyłem się pospiesznie wyłączając telefon i oddając go pilotowi. Co tam kurwa robi Katsuyoshi?!
- Co jest?- Zapytał Munoto. Holownik wystartował.
- Podobno wiele osób próbowała się do nas dodzwonić.
- Domyśliłem się. Słyszeliśmy twoją rozmowę. Co się stało, że tak szybko się rozłączyłeś?
- Ryu podał słuchawkę Czarnej Wdowie.- Powiedziałem. Obaj głośno przełknęli ślinę.
- A ty jeszcze mu powiedziałeś, że misja bez zakłóceń przebiegła.
- No bo przebiegła. Wieziemy ją całą i bezpieczną do naszej Strefy.
- A co z twoim okiem?
- Przestań.- Powiedziałem chłodno do Washichi. Uśmiechnąłem się do niego delikatnie.- To tylko głupie oko. Wolę stracić oko niż kolejnego przyjaciela.- Dodałem po chwili. W holowniku zapanowała cisza. Nawet nie chce myśleć co się stanie jak w końcu dojedziemy na miejsce.
- Jaka jest wasza strefa?
- Nie masz wspomnień Buru czasami?- Zapytałem chłodno patrząc na osobę, która zadała to pytanie.
- Mam. Ale widzę je jako moją wyobraźnie, zamglone z obcymi nieznanymi mi jeszcze uczuciami.
- Głupota.
- Nao. Weź pod uwagę, że jakby nie patrzeć ona ma dopiero kilka tygodni. Nie patrz na jej ciało tylko na wiek jej umysłu. To jeszcze dziecko.
- I kto tym dzieckiem się będzie opiekował?
- O tym zadecydują ludzie z góry. Ty się o to nie martw.
- I tak ludziom powiemy, że to kopia Buru?
- Nie. Do ogólnego użytku będzie powiedziane, że to jego młodsza siostra.
- To po prostu kopia, a nie jego sio…
- Nie nazywaj mnie kopią. Nazywam się Fuku!- Krzyknęła na mnie i czmychnęła do łazienki. Uniosłem brwi do góry zaciskając mocno zęby.
- Co jest kurwa?- Zapytałem zaskoczony. Washichi podał mi jakąś kartkę. Spojrzałem na nią:

INSTRUKCJA OBSŁUGI:

1.            Nadanie własnego, unikalnego imienia produktowi sprawia, że produkt zostaje swoim własnym oryginałem a nie podróbką.
2.            Osoba nadająca imię zostaje zakodowana w pamięci produktu jako ktoś bardzo ważny i cenny. Nic tych uczuć nie zmieni.
3.            Produkt owszem posiada wspomnienia swoich poprzedników, ale nie jest nimi tak więc nie należy utożsamiać go z kimś innym
4.            Najważniejsze to dbać o równowagę emocjonalną produktu.
5.            Produkt może doznać uszczerbków na jakości z ubiegającym po woli czasem.
6.            Produkt

Cisnąłem tą kartą w bok.
- Opierdzielasz mnie za to co powiedziałem, ale to, że nazywają ją tutaj produktem już cię nie rusza prawda?
- To nie my to napisaliśmy tylko jej producenci.
- Nie używaj przy mnie tych słów.
- Ok. Ok.
- I o co chodzi z tym nadawaniem imienia?
- Ty jej je nadałeś.
- No tak. Koleś w kilcie powiedział, żebym to zrobił.
- Skubaniec jeden.- Powiedział Washichi. O co mu chodziło?
- O co ci biega?
- Normalnie imiona nadają opiekunowie aby w razie czego Pro… mieszkaniec Sfery 117 nie uciekł. Jest przywiązany do czegoś co nie ma związku z jego domem tak więc…
- Dobra. Zamilcz.
- Spoko.- Powiedział. Wstałem ze swojego miejsca. Podszedłem do drzwi od łazienki.
- Wyjdź.- Powiedziałem pukając do drzwi.
- Nie.
- Mówię wyjdź.
- A ja mówię, że nie!- Krzyknęła obrażonym głosem. Uderzyłem otwartą dłonią w drzwi.
- Wyjdź do cholery jasnej albo ci naszczam do twojej torby!- Krzyknąłem. Chwila ciszy i drzwi otwierają się z hukiem. Wszedłem po niej do toalety zamykając za sobą drzwi. Usiadłem na opuszczonej muszli klozetowej zerkając w lusterko. Połowę mojej głowy jak i całe lego oko i sporą część twarzy zasłaniał biały i gładki bandaż. Interesowało mnie co się znajdowało pod nim, ale wiedziałem, że nie mogę tam zajrzeć.
- On chciał mi naszczać do torby!- Usłyszałem krzyk za drzwiami. Face Palm! Uderzyłem dłonią o czoło! Uwierzyła?!
- Nie zrobiłby tego.- Zaśmiał się Munoto.
- Powiedział, że to zrobi!
- To, że tak powiedział nie znaczy, że by to zrobił.
- No ale…
- Spoko.- Zaśmiał się Washichi. Wypuściłem głośno powietrze z płuc i wyszedłem z łazienki. Spojrzałem na nich.
- No co?- Zapytałem niby od niechcenia. Nic nie powiedzieli tylko uśmiechnęli się delikatnie.
- Naprawdę chciałeś mi nasikać do torby?
- Jak chcesz to mogę za raz to zrobić na ciebie.
- Nie!- Krzyknęła i schowała się za Munoto.
- Nao daj jej spokój.
- Oj jak mi się siku chce! Chodź tu!- Powiedziałem i wyciągnąłem w jej kierunku rękę.
- NIIIIIIIIIIIIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!- Wydarła się spanikowana. Ryknąłem głośno śmiechem siadając na swoim wcześniejszym miejscu.
- Nie drzyj się. Może i mam coś z deklem ale bez przesady abym musiał na innych załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne.- Powiedziałem kręcąc przecząco głową. Usiadła koło Munoto przyglądając mi się uważnie. Przyłożyłem dłoń do głowy.
- Boli?- Zapytał Washichi. Pokręciłem przecząco głową.
- Nie.- Powiedziałem. Nie kłamałem.- To prędzej jak swędzenie stopy w bucie. Swędzi, ale nie możesz się podrapać.- Wyjaśniłem. Lepszego porównania nie mogłem znaleźć.
- Za pół godziny podchodzimy do lądowania.- Usłyszeliśmy głos pilota w głośnikach. Już? Tak szybko.
- No to co Panowie? Gotowi na kazanie?
- Weź nawet tak nie żartuj.- Powiedział załamany Washichi.
- Wiesz co? Może ty i ona wysiądziecie a my wrócimy do Strefy 117 i tam pozostaniemy?
- Munoto nie przeginaj. Nie będzie tak źle.
- Ty chyba go wkurwionego nie widziałeś.- Powiedział Washichi. Zaśmiałem się gorzko.
- Jak już powiedzieliście jest moim Opiekunem a ja jego Podopiecznym więc niestety, ale tak się składa, że jednak widziałem go wkurwionego i to nie raz, a wiele razy.- Powiedziałem krzywiąc się na wspomnienie niektórych scen.
- No w sumie racja.- Powiedział Washichi. Zaśmiałem się.
- Nie dogryzaj mi.- Powiedziałem. Zaśmiał się.
- Oj śmiejcie się póki możecie.- Powiedział Munoto. Temu to nie było do śmiechu.
- Ok. Jak pozwalasz.- Powiedziałem i uśmiechnąłem się do niego chociaż w głębi duszy pragnąłem aby ten holownik nigdy nie doleciał na miejsce. Podejrzewałem małą wojnę światową albo ewentualnie rewolucje.  
- Mogę wiedzieć o kim rozmawiacie?- Zapytała Fuku. Spojrzałem na nią opierając głowę o ścianę.
- O moim Opiekunie.
- K… K…- Myślała głośno.
- Katsuyoshi.- Powiedziałem nie mogąc wypowiedzieć bez problemów jego imienia.
- A!!- Zawołała i uśmiechnęła się pod nosem.- Suyo-nichan:D- Powiedziała pod nosem.
- Pfffffffffff!!!!- Mało co zawału nie dostaliśmy kiedy to powiedziała. Wytarłem usta.
- Suyo-niichan?!- Krzyknąłem i ryknąłem śmiechem.
- Buru tak na niego mówił więc tak go pamiętam.- Powiedziała rumieniąc się na twarzy. Pokręciłem przecząco głową.
- Lepiej o tym zapomnijmy.- Powiedział Munoto trzęsąc się ze śmiechu.
- Masz rację.- Potwierdził Washichi. Mało co nie spadł z siedzenia tak powstrzymywał swój śmiech.
- Ani myślę o tym zapominać.- Powiedziałem i ryknąłem śmiechem.
- Ej. Bo i nas w problemy wpakujesz.
- Mam na to wyjebane.- Powiedziałem przeciągając się leniwie.
- Nao!- Krzyknął Munoto. Pokazałem mu język. Zaklął pod nosem. Holownik zatrzymał się gwałtownie.
W jego wnętrzu zapanowała grobowa cisza. Nikt się nie ruszył. Siedzieliśmy tak w milczeniu jakieś pięć minut kiedy to pilot wyłonił się ze swojej kabiny.
- Jesteśmy na miejscu.- Oznajmił. Nie no nie skapnąłbym się jakby mi nie powiedział. Podszedł do mnie.- Proszę. Tutaj jest lekarstwo które powinieneś brać przez najbliższe dwa tygodnie, oraz specjalna przepaska na oko.
- Rozumiem. Dziękuje.- Powiedziałem.
- Przepaska?- Zapytał Washichi. Spojrzałem na niego. No tak. Nie wiedzieli co było na kartce jaką podał mi ten dziad u niech w „szpitalu”.
- Nie mogę chodzić z odsłoniętym okiem.- Powiedziałem zgarniając podarek do plecaka. Przyglądali mi się. Wstałem sięgając po torbę Fuku.- Idziemy?
- Nie nasikasz mi do torby?- Zapytała podchodząc do mnie.
- Nie.- Powiedziałem kręcąc przecząco głową. Wyszliśmy powoli z holownika. Oni na przedzie. Później ona. Ja na samym końcu wpadając na nich z głośnym hukiem.- Oj. Co jest?- Zapytałem masując obolałą głowę. Nie dość, że mnie bolała to jeszcze na mnie wpadli. Spojrzałem przed siebie. Cofnąłem się o krok do tyłu. Coś huknęło głośno o dach budynku naszej kwatery głównej. Czerwona teczka leżała pod nogami mojego Opiekuna. Wypadła mu z rąk kiedy na mnie spojrzał. Stał w szoku. Przełknąłem głośno ślinę i zmusiłem moje nogi z ołowiu aby w końcu ruszyły przed siebie i zaczęły kroczyć powoli ale niech kroczą. Nim się obejrzałem stałem przed nim. Gapił się w przestrzeń pustym spojrzeniem. Był blady na twarzy. Usta mu drżały. Wyminąłem go bez słowa i zniknąłem na schodach prowadzących w dół. Szedłem sztywno w dół.
- Nao? Jak tam mis…?- Torazo urwał w pół słowa kiedy spojrzałem na niego. A więc znajdowałem się już na terenie naszego piętra. Nie odpowiedziałem. Nawet nie spojrzałem w stronę swojego gabinetu. Ruszyłem przed siebie niknąc we wnętrzu jego gabinetu. Nogi się pode mną załamywały, ale twardo stałem przy jego biurku czekając cierpliwie aż zejdzie tutaj z resztą.
Czy to, że poszedłem stamtąd bez słowa oznaczało moje tchórzostwo? Czy to znak, że uciekłem? Nie wiem… nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie.
Drgnąłem kiedy przeszedł koło mnie i zajął swoje miejsce za biurkiem. Koło mnie z kolei stanął Washichi i Munoto oraz Fuku. Cała trójka miała czerwone ślady na policzkach. Dziewczyna przygryzała wargi. W jej oczach zbierały się łzy.
- Czy to było konieczne?- Zapytałem pokazując na nich palcem.
- Morda.- Powiedział chłodno. Drgnąłem.
- Ok.- Powiedziałem i odwróciłem się na pięcie. Ruszyłem w stronę drzwi. Munoto złapał mnie za przegub ręki. Odtrąciłem go. Ruszyłem przed siebie. Złapałem za klamkę od drzwi. JEGO ręka z hukiem zatrzymała się nad moją głową.
- Pozwoliłem ci wyjść?- Warknął. Nie spojrzałem na niego.
- Morda.- Powtórzyłem to takim samym tonem jak on powiedział to do mnie. Szarpnął mną zmuszając mnie abym spojrzał na niego. Kipiało w nim ze złości.- No co? Mnie też uderzysz tak jak ich?! Śmiało nie krępuj się! No co się tak gapisz?!- Krzyknąłem na niego łapiąc go mocno za ramię. Ścisnąłem je z całej siły. Skrzywił się. Zacisnąłem palce jeszcze mocniej. Z ledwością wyrwał swoją rękę z mojego uścisku. Dopiero teraz zorientowałem się, że ścisnąłem go prawą ręką.- Nie myśl sobie, że jestem aż tak słaby jak to sobie zawsze wyobrażałeś. Ja po prostu jestem ostrożny. I jeszcze jedno.- Złapałem go za przód koszulki zmuszając go aby zszedł do mojego poziomu.- Nie w sumie to dwie sprawy. Po pierwsze: To nie ich wina więc nie warz się ich czepiać. Po drugie: Jeżeli się dowiem, że jeszcze raz uderzyłeś kobietę…zabiję cię!- Odepchnąłem go i wyszedłem z jego gabinetu. Przeszedłem szybko przez korytarz niknąc we wnętrzu swojego gabinetu. Nie zdążyłem zamknąć drzwi do środka za mną wszedł Washichi.
- Wracaj tam do niego.- Syknął na mnie. Spojrzałem na niego unosząc brew do góry.
- Zapomnij.
- Weź nie strugaj wariata.
- Washichi chyba powiedziałem wyraźnie, że do niego nie wrócę. Złóżcie raport beze mnie. Ja napisze co i jak i będę mógł wrócić do domu. Nie mam zamiaru się z nim widzieć.
- Naoki!
- Czy ty nie rozumiesz?!
- To chyba ty nie rozumiesz?!- Krzyknął na mnie łapiąc mnie za ramię. Złapałem go za dłoń używając tyle samo siły co przy moim Opiekunie. Jęknął w proteście próbując wyrwać swoją dłoń z mojego uścisku.
- Nie.- Powiedziałem dobitnie i go wypuściłem. Wyszedł z mojego gabinetu nie racząc mnie nawet spojrzeniem. Zamknąłem za nim drzwi. Rzuciłem swój plecak na krzesło a sam położyłem się na kozetce. Głowa zaczynała mnie boleć. Zamknąłem „oko” pozwalając popłynąć swoim myślą w ich własnym tempie i kierunku.

**wieczór**

Przekręciłem się na bok. Coś pacnęło o podłogę. Otworzyłem zdrowe oko patrząc przed siebie. W pomieszczeniu panował półmrok. Ktoś siedział na krześle naprzeciwko mnie. Spojrzałem na podłogę. Haori.
Przyjrzałem się uważnie osobie siedzącej koło mojej kozetki. Niewyraźnie dojrzałem sylwetkę mojego Opiekuna. Miał wyprostowane nogi. Ręce założone na piersi. Głowa luźno opuszczona w dół. Spał? Przyglądałem mu się uważnie kiedy mój nadajnik za pikał cicho. Musiałem przyjąć leki. Nie wiedziałem jak mam to zrobić jeżeli nie mogłem ściągnąć opatrunku a musiałem to zrobić w okolicach oka. Usiadłem cicho na kozetce z zamiarem udania się do swojego krzesła po swój plecak.
- Gdzie idziesz?- Usłyszałem jego głos. Drgnąłem.
- Do… do krzesła po swój plecak.- Wyjaśniłem. Wstał bez słowa i podszedł do mojego krzesła. Sięgnął plecak i podał mi go przyglądając mi się.- Dziękuje.- Powiedziałem i otworzyłem go. Wyciągnąłem z niego opakowanie z lekiem. Była tam kartka.

Do póki nosisz opatrunek zastrzyki podawaj sobie w udo. Kiedy ściągniesz opatrunek mniejszą dawkę masz podawać w policzek tuż pod lewym okiem.

Wypuściłem głośno powietrze. Wstałem na równe nogi.
- Jeżeli czegoś potrzebujesz to powiedz.
- Igłę 2 mm, waciki, środek do dezynfekcji oraz rękawiczki.- Powiedziałem próbując dojrzeć jego twarz.- Oraz światła.
- I…igłę?
- Tak. Muszę sobie zrobić zastrzyk.- Powiedziałem. Wydawało mi się czy kiwnął głową. Podszedł do moich szuflad i zaczął szperać po nich marudząc coś pod nosem.
- Która to będzie ta igła?- Zapytał. Uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem i zszedłem z kozetki. Podszedłem do niego i nawet nie patrząc na to co biorę sięgnąłem jedną z igieł. Wracając na kozetkę zapaliłem światło. Zsunąłem delikatnie spodnie w dół. Przetarłem nogę. Ubrałem rękawiczki. I… Zobaczyłem jak odwraca się gwałtownie tyłem do mnie. Sprzątnąłem to co miałem koło siebie. Poprawiłem spodnie i upadłem na podłogę wygięty do tyłu.
Moje lewe oko przeszył tak potworny ból wyginając mnie we wszystkie możliwe strony. Zacisnąłem mocno zęby aby nie krzyczeć.
Wszystko tak szybko jak się zaczęło tak się skończyło. Leżałem na podłodze. Moja głowa znajdowała się na jego nogach. Patrzył na mnie przerażonym spojrzeniem.
- Przepraszam.- Powiedziałem. Próbowałem wstać, ale mnie powstrzymał. Zgiął się w pół umieszczając swoją ukrytą w dłoniach twarz na moim brzuchu.
- Nigdy więcej tak nie rób.
- Nie cieszy się Sensei, że uratowałem kogoś z jego cennego oddziału?
- Teraz i ty do niego należysz. Więc masz tak nie robić.
- Nie mogę obiecać, że tego nie zrobię, ale postaram się unikać takich sytuacji.
- Masz czegoś takiego nie robić.- Powiedział z naciskiem. Czułem przy zdrowym policzku ciepło jego ciała.
- Jeżeli tego chcesz.
- Nie wyłączaj telefonu co by się nie działo.
- Dobrze.
- Zdawaj na bieżąco przebieg swoich misji.
- Dobrze.
- Nie kłam.
- Dobrze.
- Nie daj się więcej zranić.
- Dobrze.- Przytaknąłem głową. Jego ciało drgało. Płakał? Nie zapytałem ani nic nie powiedziałem. Udawałem, że mnie tutaj nie ma. Najwyraźniej tego było dla niego za wiele.
To typ człowieka, który nie okazuję przed nikim swoich uczuć. Musi być wyczerpany albo bardzo ci ufać skoro robi to przed tobą.
Co się stało, że się odzywasz?
Jak tam oko?
A jak myślisz?
Zapytałem właściciela głosu, którego nie słyszałem już od bardzo dawna. Głos milczał. Oddychałem spokojnie.



***************************************************

I jak wam się spodobało??:D
mam nadzieję, że było fajnie:)
kolejny rozdział nosi tytuł:
20. „Nic wielkiego nie osiągniesz bez akceptacji samego siebie” 20.

pozdrawiam i zapraszam na kolejny rozdzialik:
gizi 

sobota, 2 sierpnia 2014

18. „Tylko ból i obrzydzenie dają mi zapomnienie”18.

No hejka:)
dzisiaj dodaje kolejny rozdzialik moich wypocin kilkutygodniowych. Mam nadzieję, że wam się spodobają i trochę umilą wam tą sierpniową udrękę w takich upałach (chyba macie tak samo jak ja tutaj u siebie).
Przy okazji moich stałysz czytelników którzy znają mnie z innego bloga, zapraszam na niego:). Ci którzy wiedzą o co chodzi wiedzą gdzie szukać. Czeka tam coś na was:)
A teraz nie zanudzam i dodaje kolejnego rozdzialika:D. Życzę miłego czytania.
*******************************************************************
Siedziałem na wzgórzach niedaleko granicy pomiędzy dzielnicą czerwonych latarni oraz Brutusa. Pogasły wszystkie lampy czyli na powierzchni zbliżała się noc. Włóczyłem się bez celu już nie wiadomo jak dużą ilość czasu. Bolała mnie głowa i oczy. Mimo, że wyszedłem z jego gabinetu nie potrafiłem zapłakać. Nie w tym stroju.
- Mogę wiedzieć co ty tutaj robisz?- Usłyszałem za sobą cichy głos. Drgnąłem. Nie zauważyłem kiedy się do mnie zbliżył. Wzruszyłem ramionami. Co ja tutaj robiłem?- Dostałem zgłoszenie, że podejrzany osobnik kręci się w tych okolicach.
- Wybacz, nie chciałem wyglądać jak podejrzany osobnik.- Powiedziałem. Cmoknął ustami.
- Dlaczego nie poszedłeś do domu.
- To byłoby męczarnią.- Odpowiedziałem. Milczał dłuższą chwilę.
- Płakałeś?
- Nie.
- Dlaczego?
- Nie wiem.- Powiedziałem. Spojrzałem na niego. Stał za mną przyglądając mi się uważnie. Chcę zapomnieć i przestać czuć. Chcę odczuć większy ból niż ta pustka i ból jaki teraz odczuwam.
- Naoki co się dzieje?- Zapytał. Zaśmiałem się cicho. Dlaczego w ogóle o tym pomyślałem?!- Nie widzę w moim pytaniu niczego zabawnego.
- Pamięta Sensei moją pierwszą misję jako Łowca?- Zapytałem ni z gruszki ni z pietruszki. Milczał dłuższą chwilę.
- Pamiętam.
- A tego chłopaka?
- Również pamiętam.
- A pamięta Sensei jak się nade mną pochylał i coś mi szeptał do ucha a później go odciągnęliście?- Zapytałem. Odchrząknął.
- Pamiętam, ale nie wiem do czego zmierzasz.- Powiedział. Odwróciłem się w jego stronę i pokazałem mu dłoń z wszystkimi rozczepionymi palcami. Zginając każdego po kolei wypowiedziałem pięć słów.
- Spałeś. Z. Katsuyoshi’m. Czarną. Wdową.- Powiedziałem przyglądając się uważnie jego twarzy. Oczy mu się rozszerzyły. Twarz pociemniała. Zaciskał mocno zęby. Ręce minimalnie drgnęły. Opuściłem rękę w dół razem z głową. Zaśmiałem się cicho pod nosem podnosząc się na równe nogi. Przeszedłem koło niego. Zatrzymałem się tuż za nim.- Chcę zapomnieć.- Dodałem i ruszyłem przed siebie. Wiedziałem, że pójdzie za mną.
Nie wiedziałem, że w tym momencie otworzyłem swoją Puszkę Pandory…

^^~^^

Stałem w pokoju jednego z hoteli miłości. Stał za mną tuż przy drzwiach. Czułem na sobie jego spojrzenie. Odwróciłem się w jego stronę. Drgnął. Nie podobało mu się to że tutaj byliśmy.
- Pokarze mi Sensei.- Powiedziałem. Wypuścił głośno powietrze i opuścił część swojego Haori. Pokazał swój lewy bok. Na wysokości serca widniała ciemna blizna. Znak po ugryzieniu. Czyli tamten chłopak nie kłamał.- Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Jak myślisz?
- Chcę poznać odpowiedź od ciebie.
- Nie muszę ci się spowiadać.- Powiedział chłodno. Przyglądałem mu się spojrzeniem bez wyrazu.- Lepiej ty mi powiedź dlaczego zdradziłeś mi to, że wiesz. Przecież mogłeś milczeć i  mieć święty spokój.
- Przecież powiedziałem. Chcę zapomnieć.
- Seks ze mną ma być twoim pokręconym sposobem na zapomnienie?
- Jeżeli nie chcesz możesz wyjść. Nie zmuszam cię.- Powiedziałem odwracając się do niego tyłem.
- A ty polecisz i powiesz o tym wszystkim za co mogę mieć nagrabione.- Zadrwił. Miał rację. Wiedział, że to zrobię dlatego siedział ze mną w tym pokoju.- Nie możesz sobie znaleźć innego sposobu na zapomnienie.
- Buru kiedyś powiedział mi takie słowa „Tylko ból i obrzydzenie dają mi zapomnienie”- Powiedziałem i spojrzałem na niego. Drgnęła mu powieka.
- Mówisz, że mam ci zadać ból?
- To dla ciebie nie problem.- Odpowiedziałem. Podszedł do mnie i złapał mnie za twarz.
- Pożałujesz tych słów…- Powiedział przybliżając się do mnie. Przestraszyłem się, ale szybko zepchnąłem to uczucie na drugi plan…

**25 minut później**
Stałem oparty o stolik. Na sobie miałem tylko koszulkę. Zagryzałem zęby na przedramieniu. Dziwnie się czułem. Piekło. Czułem w sobie jego palce. Poruszał nimi szybko. Pokręciłem przecząco głową kiedy ugięły się pode mną kolana. Położył swoją wielką rękę na mojej głowię przyciskając ją mocniej do mojej ręki. Poczułem w ustach smak krwi. Po chwili mój umysł został zamroczony nową dawką bólu jaką odczułem kiedy…wszedł we mnie gwałtownie…

^^&^^

Leżałem na łóżku. Oddychałem spokojnie. Siedział obok mnie patrząc przed siebie. Żaden z nas jak na razie się nie ruszył.
- Zapomniałeś?- Zapytał kpiąco. Spojrzałem na niego.
- Jeżeli próbujesz być zabawny to proszę cię przestań. Nie wychodzi ci to.
- Tobie też za dobrze to nie wychodzi.- Powiedział. Uniosłem się na łokciach.
- Odwróć się.
- Co proszę?
- Powiedziałem, że masz się odwrócić.
- Bo?
- Bo chcę się ubrać.
- To się kurwa ubieraj. Ktoś ci broni?- Zapytał prychając pod nosem. Pokręciłem przecząco głową i zabrałem mu kołdrę uciekając z nią do łazienki. Zamknąłem się w niej szczelnie spoglądając na swoje odbicie w lustrze. Potargane włosy. Pełno śladów zębów na moim ciele. Upadłem na kolana. Dałem dupy facetowi aby zapomnieć…
- Buru…- Szepnąłem pod nosem wycierając cieknące łzy po moich policzkach. Teraz mogłem płakać. Nie byłem nikim innym jak zwykłym Nao. Nao który…

** jakiś czas później**

Siedziałem u siebie w gabinecie jako medyk- Łowca. Przeglądałem dokumentację szukając jakiś powiązań pomiędzy Buru a jakąś inną sprawą. Byłem kolejną osobą z oddziału, która się do tego zabierała. I kolejną, która po…
Złapałem pospiesznie zielone pudło. Otworzyłem je wyciągając z niego kilka teczek. Przerzucałem je. Dokopałem się do jednej z nich. Zajrzałem do środka. Miałem rację! Zgarnąłem ją z biurka i wybiegłem szybko ze swojego gabinetu.
- Sorry!- Krzyknąłem kiedy wpadłem na Ryoko i Munoto. Biegłem ile sił w nogach. Nie skorzystałem z zajętych wind. Po schodach szybko na piąte piętro. Wpadłem do recepcji. Był tam jeden z Medyków. Poznałem go kiedyś, ale nie pamiętam jego imienia.
- O. Piekielna Ręka. Co cię do nas sprowadza? Czyżby Suyo miał do nas jakąś sprawę?- Zapytał. Oparłem się o jego stolik oddychając głęboko.
- Nie. To ja mam do was sprawę.
- Jaką?
- Potrzebuję waszą dokumentację dotyczącą sprawy 1555/985-ako-9665-PXdk-20P.- Powiedziałem. Spojrzał na moje ręce.
- Możesz powtórzyć numer sprawy to go chociaż zapisze.- Poprosił kiedy zorientował się, że mówiłem z pamięci. Kiwnąłem głową i powtórzyłem numer sprawy. Wyszedł niknąc za drzwiami za swoimi plecami. Wrócił po dwudziestu minutach. Zajrzałem do środka.
- Mogę to zabrać ze sobą?!
- W sumie nie powinieneś…
- Sorry, ale muszę!- Powiedziałem i podwinąłem dokumentację wracając biegiem do swojego oddziału.
- NAO!
- PRZEPRASZAM, ALE TO WAŻNE!!- Krzyknąłem. Biegłem co sił w nogach jakby każdy opóźniony krok miał mnie zabić. Wpadłem na korytarz piętra mojego oddziału. Znowu wpadłem na Munoto.
- NAOKI!- Krzyknął kiedy wpadł na ścianę. Odwróciłem się do niego nie przestając biec.
- Wybacz!- Krzyknąłem. Wpadłem do gabinetu Suyo bez pukania. Spojrzał na mnie zaskoczony. Koło niego stał Torazo z jakimiś papierami. Patrzyli na mnie jak na idiotę.
- Wyjdź i wejdź jak na normalnego człowieka przystało.- Powiedział mój Opiekun. Zatrzasnąłem drzwi zatrzymując się przy jego biurku. Oddychałem ciężko.
- Nie mam czasu na pierdoły.
- Kulturalne wejście do gabinetu to dla ciebie…
- Wiem kto zabił Buru.- Powiedziałem przerywając mu w pół słowa. Oddychałem ciężko. Spojrzał na mnie zaskoczony.
- Usiądź.- Powiedział po chwili.

^^~^^

Rozbiegli się we wszystkie możliwe strony. Zostałem tylko ja i Torazo. On szedł na spotkanie ze swoją drugą połówką. Dostał dzisiaj wolne. W sumie ja też, tylko, że miałem coś do załatwienia.
- Idziemy?
- Dzisiaj nie mogę iść z tobą.- Powiedziałem. Spojrzał na mnie.
- Nawet za paczkę żelek?
- Nawet za nią.
- Randka?- Zapytał zaczepnie. Prychnąłem pod nosem.
- Proszę ja ciebie.
- Nie wnikam. To twój prywatny czas.- Powiedział. Kiwnąłem twierdząco głową.- Ale poproś aby laska robiła ci malinki w niewidocznym miejscu bo ostatnio za bardzo zaszalała.- Dodał. Oblałem się rumieńcem zaciągając na szyję spora połać bluzy.
- Spoko. Będę pamiętał.- Powiedziałem. Pomachałem mu na pożegnanie skręcając w lewo. On poszedł przed siebie. Po chwili wszedłem bez słowa do jednego z hoteli w Czerwonej Dzielnicy. Podszedłem do recepcji.
- Tak?- Zapytał koleś ubrany w lateksowe spodnie. Spojrzałem na niego.
- Ciotka Zuzanna zjadła szyszkę.- Powiedziałem czerwieniąc się na twarzy. Skąd ten cep wytrzasnął taki tekst nie mam zielonego pojęcia. Recepcjonista spojrzał na mnie. Jeżeli to będzie on to poda mi odpowiedź razem z kluczem do pokoju.
- Opierdalasz się jak Zorro.- Powiedział. Kiwnąłem głową. Położył na ladzie kluczyk do pokoju nr 1177. Zgarnąłem go z lady i udałem się do góry. Po chwili stałem już przed drzwiami. Wszedłem do środka. W pokoju panował półmrok. Stał przy oknie z szklanką w ręku. Spojrzał na mnie.
- Przyszedłeś.- Stwierdził. Zamknąłem za sobą drzwi zsuwając z głowy kaptur.
- Przyszedłem.- Odpowiedziałem. Podszedł do mnie zgarniając mi z ramienia kosmyk włosów. Wypił jakiś alkohol. Spojrzałem na odkładaną przez niego szklankę. Spojrzał na mnie i ruchem ręki nakazał mi zdjęcie z siebie bluzy. Zrobiłem tak jak kazał. Pochylił się nade mną kąsając mnie boleśnie w tors. Złapałem kurczowo połać jego szaty. Bolało… Tak strasznie bolało… Po policzkach pociekły mi ciepłe łzy kiedy kładłem się posłusznie na łóżku.

** nad ranem**

Stałem przed lustrem wciągając na siebie spodnie. Leżał na łóżku przyglądając mi się uważnie. Przyglądałem się swojej szyi.
- Masz szczęście.- Powiedziałem. Spojrzał na mnie.
- O co ci chodzi?
- Torazo kazał przekazać mojej „dziewczynie” aby nie robiła mi malinek w widocznych miejscach.- Powiedziałem. Zmrużył oczy.
- Mówiłeś mu?
- Pojebało cię?!- Zapytałem odwracając się gwałtownie w jego stronę.
- Więc skąd?
- Go się zapytaj!- Warknąłem wciągając bluzę na siebie. Przeczesałem włosy zaplątując je w warkocza.
- Eh.- Westchnął wstając z łóżka. Udał się do łazienki zgarniając swoje ciuchy po drodze. Poczekałem aż odkręci wodę. Podszedłem cicho do drzwi i wyszedłem ukradkiem nie chcąc go już dzisiaj oglądać. Naciągając kaptur na głowę wyszedłem z hotelu nie zerkając w stronę recepcji. Najszybszą drogą jak się dało udałem się w stronę domu. Już od dawna świeciły latarnie. Znak że na zewnątrz panowała noc. Piekło mnie ciało, bolało gardło. Kiedy to robiłem nie panowałem nad swoim głosem. Musiałem zażyć jakieś tabletki. Może ciepłe mleko z miodem i masłem? Nie wiem. Zobaczę co mamy w domu jak już tam dojdę. W domu?? Nie było mnie w nim od jakiś czterech dni. Ostatni raz byłem tam dzień przed śmiercią Buru. Później nie wiedziałem nikogo ze swoich współlokatorów ani przyjaciół z mojej dzielnicy. Nie szukali mnie, nie dzwonili do mnie. Chyba rozumieli co się działo i dlaczego nie dawałem znaku życia. Wszedłem cicho do domu ściągając buty na korytarzu. W salonie paliło się światło, ale wcale a wcale mnie to nie dziwiło. Zajrzałem do środka. Wszyscy siedzieli tam milcząc gapili się na ściany. W chuj interesujące zajęcie muszę im to przyznać nie ma co. Odchrząknąłem cicho. Gihei odwrócił się w moją stronę.
- Nao.- Szepnął cicho.
- Joł.- Powiedziałem. Spojrzeli na mnie. Coś było dziwnego w ich zachowaniu.- Co jest? Wyglądacie jakbyście ducha zobaczyli?
- Nie słyszałeś?- Zapytał Doi. Przekrzywiłem głowę.
- O czym?
- O tym, że…
- DOI!- Izo warknął na niego. Przyglądałem im się. Czyżby…
- Prędzej czy później i tak się dowie!
- Ale nie musisz…!
- Chodzi wam o Buru tak?- Zapytałem. Zesztywnieli i spojrzeli na mnie przerażonym spojrzeniem. Przyglądałem im się uważnie. Wypuściłem głośno powietrze siadając na podłodze w przejściu.- Już o tym wiem.- Wyjaśniłem krótko ich zdziwionym spojrzeniom.
- Kiedy, jak dopiero dzisiaj w szkole to ogłosili a ciebie w niej nie było?- Zapytała cicho Naora. Zmarszczyłem brwi.
- Dzisiaj?
- Tak. Dzisiaj.- Powiedział Tokaji.
- A to dlatego tak się zachowujecie.- Powiedziałem i wszystko stało się dla mnie jasne.
- Ale ty się za to zachowujesz jakbyś miał na to wyjebane!- Krzyknął Gihei. Spojrzałem na niego poważniejąc na twarzy.
- Nie mów o tym jakbyś wszystko wiedział.- Powiedziałem chłodno.
- Nie było cię dzisiaj w szkole! Balowałeś pewnie ze swoim oddziałem i nie dawałeś znaku życia a teraz zachowujesz się jakby Buru wcale nie uma…!- Urwał łapiąc się za twarz kiedy mocno go spoliczkowałem.
- Powiedziałem, że masz się nie zachowywać i nie mówić jakbyś wszystko wiedział!- Krzyknąłem na niego.
- Co się tutaj wyczynia?- Usłyszałem za sobą TEN głos. Drgnąłem. Odwróciłem się na pięcie. Stał w przejściu ubrany w strój Łowcy.
- Sensei?- Zapytałem nie rozumiejąc. Podszedł do mnie z jakąś teczką i uderzył mnie nią w czoło.
- Itai.- Powiedziałem łapiąc się za nie. Podał mi teczkę.
- Mówiłem ci w biurze, że do rana masz to zrobić. Zapomniałeś o tej teczce.- Powiedział. Przyjrzałem się uważnie jego ubiorowi.
- Sensei. Na misje idziesz?
- Tak.
- Sam?
- Nie. Z Torazo, Ryoko i Munoto.
- Czy chodzi o…
- Nie zadawaj mi tego pytania.
- Pozwól mi…
- Nie.- Powiedział chłodno. Drgnąłem.- Tak jak Yujiro jesteś od teraz odsunięty od dalszej części tej misji.
- Ale Sensei…!
- Powiedziałem coś!
- Sensie!- Krzyknąłem łapiąc go za połać płaszcza. Spojrzał na moje dłonie.
- Naoki!- Krzyknął. Drgnąłem przerażony.- Wystarczy. I tak dużo już zrobiłeś! Ratowałeś go na stole operacyjnym, byłeś na miejscu morderstwa, badałeś próbki i jeszcze znalazłeś trop sprawcy! Wystarczy!
- Ale…!- Złapałem się za twarz kiedy dostałem w nią otwartą dłonią.- R…Rozumiem.- Wydukałem opuszczając głowę w dół.
- Do jutra te dokumenty mają być na moim biurku.- Powiedział i wyszedł. Kiwnąłem głową. Uniosłem ją do góry masując obolały policzek. Chuj jeden!
- Nao…- Zaczął Gihei. Spojrzałem na niego zgarniając z podłogi teczkę którą mi przyniósł oraz mój plecak.
- Tak?
- Nie już nic.- Powiedział patrząc na Doi’a.
- Przyniosę ci gorącej herbaty z miodem do pokoju więc bierz się do roboty abyś skończył do jutra.- Powiedział Doi. Kiwnąłem głową i udałem się ociężale do swojego pokoju.
Łeb mi napierdalał niemiłosiernie!!!


^^~^^

Szykuj się. Mamy misję razem z Washichi’ m do wykonania. Będziemy u ciebie za pół godziny. Przyszykuj się na długą podróż.
Munoto.

Tak właśnie brzmiała wiadomość jaką odczytałem chwilę temu na swoim telefonie. Wysłał ją jakieś dwadzieścia minut temu. Czyli niedługo będą a ja jeszcze się nie przyszykowałem. Ciekawe co to za misja będzie? Dawno nigdzie mnie nie dawali. Od kiedy Suyo wrócił dwa dni po zdarzeniu w moim salonie z misji nie byłem w biurze od dwóch tygodni. Tak samo w szpitalu. Powiedzieli, że mam wypocząć a jak będę potrzebny to po mnie poślą. Widocznie teraz jestem tak potrzebny, że jednak w końcu musieli po mnie posłać. Katsuyoshi nie pojawiał się w szkole, tak samo jak napisał mi wiadomość, że napisze kiedy kolejny raz możemy robić to co robimy ponieważ nie ma czasu ze względu na pracę. Rozumiałem to i szczerze? Było mi to bardzo na rękę. Jakoś nie będę płakał z tego powodu co to to nie.
Pognałem szybko do swojego pokoju przebierając się w biegu i pakując sobie jakieś rzeczy na podróż. Nie wiedziałem czego miałem się spodziewać i jakiego rodzaju to będzie misja więc musiałem sobie przyszykować po kilka rzeczy.
Zbiegłem na dół kiedy po mieszkaniu rozniósł się dźwięk dzwonka. Gihei wyjrzał z kuchni.
- To po ciebie?- Zapytał przyglądając się uważnie mojemu strojowi. Kiwnąłem twierdząco głową.
- Kiedy wrócisz?- Zapytał Doi pojawiając się za jego plecami.
- Nie mam pojęcia. Jak będę wracał przekaże tą informacje Ryu i on i to powie.- Powiedziałem patrząc na nich i łapiąc za klamkę od drzwi. Wyszedłem na zewnątrz. Czekali tam na mnie. Munoto i Washichi. Ubrani prawie tak samo jak ja.
- Spóźniony.- Powiedział Washichi.
- Pięć sekund.- Powiedziałem.
- Kiedyś te pięć sekund może kosztować cię życie.
- Nie martw się. Przy najbliższej sposobności oddam ci te twoje pięć sekund.- Powiedziałem i podałem Munoto swój identyfikator. Zeskanował go i oddał mi go po chwili.
- O.K. Możemy iść.
- A gdzie idziemy i po co jeżeli można wiedzieć.
- Do Sfery 117.- Powiedział obserwując kontem oka moją reakcję. Drgnąłem i uśmiechnąłem się po chwili.
- Rozumiem.- Kiwnąłem głową. Nie wnikałem co mnie tam czeka i po co tam jechaliśmy.- Rozumiem, że na piechotę tam nie pójdziemy.
- Głupi jesteś?- Zapytał Washichi. Zaśmiałem się cicho idąc za nimi. Mimo, że byli w moim wieku ciężko było mi z nimi nawiązać kontakt. Nie wiedziałem dlaczego.

** jakiś czas później**

Wielkie budynki. Pełno szkła i szarości. To to co ukazało się moim oczom kiedy wysiadłem z holownika w Sferze 117. Na czymś na kształt peronu czekał na nas facet w białym kilcie. Stałem za chłopakami przyglądając się otoczeniu z ciekawością.
- Panowie ze Sfery…?
- 22.- Powiedział Munoto.- Rozumiem, że oprócz ktoś jeszcze dzisiaj odbierał towar.
- Tak. Mieszkańcy Sfery 1 oraz 96, ale jeszcze nie przybyli.
- Czy nasz towar został skonstruowany według wytycznych jakie wam ostatnio przesłali moi przełożeni?- Zapytał Munoto. Washichi zrównał się ze mną. Milczał.
- Tak. Ależ oczywiście.
- Pozwolicie jednak, że przed odbiorem sprawdzi go nasz Medyk.- Powiedział Munoto. Facet spojrzał na mnie przez ramie i kiwnął twierdząco głową.
- Ależ oczywiście. Nie widzę żadnych przeciwskazań.- Powiedział. Weszliśmy z nim do jednego z wielkich budynków. Co najdziwniejsze nie widziałem jak na razie żadnych innych ludzi jak tylko go.- Proszę za mną szanownego pana Medyka.- Dodał do mnie. Czyżbym wyczuł sarkazm w jego głosie? Washichi puknął mnie w ramię dając mi do zrozumienia, że mam iść razem z nim. Kiwnąłem głową i podążyłem za nim. Szliśmy długo w milczeniu przez białe korytarze. Munoto i Washichi zostali na dole czekając na mój powrót.
Wszedłem z nim do jakiegoś pokoju. Przystanąłem jak wryty kiedy zobaczyłem osobą znajdującą się w środku.
- Co jest kurwa?!- Krzyknąłem cofając się o krok. Facet przyjrzał mi się z uśmiechem.
- Rozumiem, że był pan kimś ważnym dla 156669-ID.
- Co proszę?!- Zapytałem patrząc na niego zaskoczony. Nie rozumiałem o co mu chciało.
- Proszę o wybaczenie. 156669-ID w pana Sferze nazywany był…- Przeglądał jakieś papiery. Czekaj! Czekaj! Znajdowałem się aktualnie w Sferze 117. A to właśnie tutaj urodził się…!- O. Mam….
- Fukusaburu.- Wyprzedziłem jego wypowiedź. Kiwnął głową uśmiechając się szeroko.
- Ma pan rację.
- Widziałem jego martwe ciało. Sam go reanimowałem i badałem sprawę jego śmierci więc jakim cudem!?!- Pokazałem roztrzęsionym palcem na siedzącego naprzeciwko mnie Fukusaburu. Był może ciutkę starszy. Przekręcił zmęczoną głowę.
- PPRZEGLĄDANIE. DANYCH.- Powiedział jak robot. Jego głos nie należał do niego. Był głęboki i chrapliwy.- Naoki. Nao. Przyjaciel 156669-ID. Uczeń. Medyk i Łowca. Wybitnie uzdolniony. Trochę wybuchowy i agresywny. Dba o przyjaciół. MA dobrą pamięć. Homofob.- Powiedział poruszając płynni ustami. Przekrzywił głowę patrząc na mnie pustymi oczyma.
- Buru?
- Proszę o wybaczenie, ale to nie jest ta osoba co pan myśli. Ten osobnik nazywa się 125-ID. Służy do gromadzenia wszystkich danych, wspomnień i uczuć jakich doznały inne pododdziały ID. Można powiedzieć, że jest jakby starszym bratem pańskiego przyjaciela.
- Co to kurwa za pierdolenie?!- Warknąłem na niego uderzając pięścią w ścianę. Podskoczył przerażony.
- Rozumiem, że nikt panu niczego nie wyjaśnił.
- No chyba oczywiste. Dlatego domagam się ich właśnie od ciebie.
- Może nim to zrobię sprawdzi pan stan Towaru.- Powiedział i podszedł do kolejnych drzwi. Otworzył je. Ręce mi się załamały. Moim oczom ukazała się z kolei młodsza forma Buru, ale o dłuższych włosach i delikatniejszych rysach.- Na prośbę waszych przełożonych tym razem wyprodukowaliśmy dla was dziewczynę. Posiada oczywiście wszystkie wspomnienia swojego poprzednika. Pozbawiliśmy ją z kolei uczuć jakimi darzył jej poprzednik innych ludzi których poznał. Tak więc będzie wiedziała kim pan jest ale nie odczuje radości na wasz widok. To ułatwi wam jak i jej pracę. Tym razem jednak proszę o lepsze obchodzenie się z naszym sprzętem. Wyprodukowanie w tak szybkim czasie prawie, że dorosłego osobnika jest bardzo trudne czasochłonne oraz drogie, więc…
- TOWAR?! POPRZEDNIKA?! OSOBNIK?! WYPRODUKOWANIE?!- Uniosłem kolesia do góry za przód kiltu. Posiniał na twarzy.
- NAO! Przestań!- Krzyknęła młodsza i żeńska forma Buru. Drgnąłem i puściłem kolesia z obrzydzeniem na podłogę. Spojrzałem na ową „osobę”.
- Nie waż się tak do mnie odzywać!- Warknąłem na nią opierając się o drzwi.- Koleś masz trzy minuty aby wyjaśnić mi co tutaj się kurwa dzieje. Po tym czasie roztrzaskam ci łeb o szybę.- Dodałem. Koleś głośno przełknął ślinę. Zaczął szybko opowiadać o tym jak to jeden z ich wybrańców na samym początku apokalipsy zaczął mutować. Po tym procesie okazało się, że mógł dzielić na stałe swoje DNA, wspomnienia, zmysły oraz umysł na niezliczoną ilość razy oraz łączyć je później ze sobą. Urodził się w bardzo małej wiosce i właśnie nad tą wioską powstała Sfera 117, w której mieszkali tylko mieszkańcy tej wioski i którzy zajęli się podziałem owego chłopca. Sprzedawali jego „kopie” do innych sfer w celu im nie znanym. Kopie były ulepszane. Warunek był tylko jeden. Po śmierci kopi mieli 48 godzin czasu na oddanie im ciała. Mieszkało tutaj wiele Kopi które pełniły różne funkcje w tym społeczeństwie. To co siedziało naprzeciwko mnie powstało jakieś siedem lat temu. Buru trzy lata temu. A dziewczyna trzy dni temu. Kupiliśmy ją więc teraz muszę ją niby zabrać do domu. W każdej sferze na bieżąco musi żyć jakiś mieszkaniec ich Sfery. Jeżeli jeden umiera kolejny jest wysyłany najszybciej jak się da. Przerwałem mu ręką jego szybką wypowiedź. Nie chcę wiedzieć więcej.- Zadam temu czemuś dwa pytania. Jeżeli nie będzie potrafiło na nie odpowiedzieć ty dostajesz kulkę w łeb a ja zabieram kasę za to coś i wracam do domu.- Dodałem. Kiwnął przerażony głową. Podszedłem do żeńskiej wersji Buru.
- Tak?- Zapytała przekrzywiając głowę w bok.
- Kim jestem?
- Naoki. Nazywany przez przyjaciół N… Nie mogę powiedzieć jak. Przyjaciel 156669-ID. Uczeń. Medyk i Łowca. Wybitnie uzdolniony. Trochę wybuchowy i agresywny. Dba o przyjaciół. MA dobrą pamięć. Homofob.-Powiedziała. Czy Buru miał o mnie tak wyrobione zdanie? Wypuściłem głośno powietrze z płuc.
- Rozumie. Ok. Ostatnie pytanie. Kim jest Yujiro?
- Yujiro.- Powiedziała i zamilkła na dłuższą chwilę. Przyglądała mi się uważnie.- Yujiro to opiekun oraz kochanek 156669-ID. Agresywny, brutalny i zimny drań, który zapomniał o jego urodzinach przez co tamten umarł. Tak bardzo bolało. Nie mógł oddychać. Robiło mu się zimno. W głowie słyszał tylko…
- Starczy.- Powiedziałem zakrywając usta. Katsuyoshi powiedział, że mam się nie mieszać w tą sprawę już więcej.- Jak masz na imię?
- 1968574-ID.
- Chcę poznać twoje imię.
- 1968574-ID.
- Ona mnie nie rozumie. Jak ona ma na imię?- Zapytałem kolesia. Drgnął kiedy na niego spojrzałem.
- Nie posiada imienia.
- To mam do niej mówić ciągiem liczb?
- Możesz nadać jej imię jeżeli chcesz.- Powiedział facet wyciągając z jednej z szafek jakieś dokumenty.
- Fuku.- Powiedziałem pokazując na nią palcem.- Od teraz nazywasz się Fuku.
- Fuku.- Powiedziała kiwając głową.
- Czyli wszystko się zgadza?- Zapytał koleś. Spojrzałem na niego. Cofnął się o krok do tyłu.
- Ciesz się, że jestem tutaj z rozkazu mojego przełożonego i nie pozwolono mi tutaj używać siły. Jeżeli byłoby inaczej już na wjeździe dostałbyś kulkę w łeb.- Powiedziałem i wstałem ze swojego miejsca.
- Rozumiem.- Kiwnął głową.- Idąc za wytycznymi pana przełożonego jutro w południe odjedzie stąd państwa holownik. Do tego czasu mogą się państwo zatrzymać w pokojach naszego instytutu.- Dodał. Kiwnąłem głową. Wręczył mi jakieś dokumenty. Nawet w nie, nie zajrzałem. Podszedłem do drzwi.
- A jeszcze jedno. Fuku. Nie zbliżaj się do mnie jeżeli nie musisz. Dla mnie jesteś podróbką, która ma jakieś tam wspomnienia na mój temat. Nigdy nie zastąpisz dla mnie Buru.- Powiedziałem chłodno.
- Rozumiem.- Powiedziała bez wyrazu. Otworzyłem drzwi.
- Chodź.
- Gdzie?
- Nie pytaj.- Powiedziałem i wyszedłem z pomieszczenia. Szedłem w milczeniu całą drogę. Szła za mną potulnie trzymając się na odległość jakiś czterech kroków za mną. Wszedłem do loby. Stali tak jak ich zostawiłem. Spojrzeli na mnie. Po ich minach wnioskuje, że wiedzieli po co poszedłem.
- I jak? Stan towaru się zga…- Munoto urwał w połowie zdania kiedy na niego spojrzałem. Podałem mu dokumenty.
- Zamilknij.- Syknąłem na niego chłodno i podszedłem do loby. Podano mi klucz do apartamentu w którym mieliśmy się zatrzymać.

**drugi dzień rano**

- Nao pospiesz się z tym śniadaniem. Chcemy już wracać do domu.- Powiedział Washichi.
- Yus.- Powiedziałem z pełną buzią.
- Nie już tylko teraz.
- Mówe sze usz.- Odpowiedziałem. Siedzieliśmy na stołówce. Nikogo od rana nie widziałem i całe szczęście dla tej Sfery oraz tego starego dziadygi którego wczoraj spotkałem. Fuku z nami nie było. Udała się do swojego wcześniejszego pokoju w celu zabrania kilku rzeczy które pozwolono jej wywieźć poza granice swojego domu.
- Za każde spóźnienie będziesz mi płacił. Zobaczysz.- Powiedział wkurwionym głosem zgarniając ze stołu swoją tackę z niedojedzonym posiłkiem. Wypiłem do końca szklankę soku kiedy odkładał do okienka swoje naczynia. Ruszyłem za nimi.
- Może byście tak zaczekali.
- Trzeba było się ruszać.
- I tak nie wyjedziemy stąd wcześniej niż przed południem. A wręcz nawet po południu.- Zawołałem za nimi. Munoto zrównał się ze mną.
- Nie drażnij go. Obiecał, że będzie w domu przed wieczorem. Nienawidzi się spóźniać więc dlatego chodzi taki wkurwiony.
- Eh.- Westchnąłem.
- Sorry. Suyo dzwoni.- Powiedział zwalniając kroku. Kiwnąłem głową i przyspieszyłem kroku.
- Washichi! No poczekaj!- Krzyknąłem biegnąc za nim. Wybiegłem za róg korytarza, za którym właśnie zniknął i…
Szybko objąłem go w pasie. Pociągnąłem go w swoją stronę wyrzucając z powrotem za róg zza którego przed chwilą co się wyłoniłem. Zdążyłem zasłonić jeszcze połowę twarz kiedy jeden z akceleratorów oraz konwerterów wybuchł rozrzucając miliony małych kawałeczków metalu po korytarzu. Siła wybuchu i podmuch były tak wielkie, że fala która we mnie uderzyła powaliła mnie na przeciwległą ścianę wgniatając mnie w nią boleśnie…
***********************************************************************

tak, wiem. już przed oczyma widzę wasze wkurwione miny i to jak na mnie wyklinacie przed monitorami tylko dlatego, że tak to się skończyło. Ale nie martwcie się, za miesiąc kolejny rozdzialik więc będziecie wiedzieć co i jak:)
pozdrowienia z NL... Gizi03031